Dziennik.plOpinie

Wtorek, 14 lutego 2012

Imieniny: Walentego, Cyryla, Metodego

"Jedziemy na autopilocie"

2010-03-21 | Ostatnia aktualizacja: 21:56 | Komentarze: 0 | skomentuj

Gdyby rząd był zdeterminowany, by już teraz zacząć obniżać deficyt, to w ramach kolejnej ustawy budżetowej mógłby zaproponować znaczące działania. Ale ani w tym, ani w przyszłym roku nie spodziewam się tego. Bo mamy lata wyborcze. To dlatego wychodzenie z kryzysu potrwa, do 2012 r. przynajmniej - mówi DGP prof. Stanisław Gomułka.

Pogoda

POLSKA

Wtorek 2012-02-14

temp. min -19°C max. 1°C
opady: śladowe opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

Paulina Nowosielska: Po ostatnim sejmowym wystąpieniu ministra finansów w dyskusjach ekonomistów często pojawiała się kwota niespełna 100 mld zł. Tyle ma wynosić rzeczywisty deficyt w Polsce. Pan się z tym zgadza?
Stanisław Gomułka*: Polska specyfika polega m. in. na tym, że w obiegu publicznym mamy dwa różne budżety, a co za tym idzie - dwa różne deficyty. Jeden budżet (i deficyt) odnosi się do całego sektora finansów publicznych (rząd, jednostki samorządu terytorialnego, FUS i inne fundusze publiczne). Drugi - tzw. budżet państwa - tylko do rządu. W przypadku tego pierwszego mamy dokument rządowy, program konwergencji 2009, przyjęty przez Radę Ministrów i przesłany Komisji Europejskiej. Minister finansów informuje w nim, że w ubiegłym roku cały deficyt sektora finansów publicznych wyniósł 97 mld zł , czyli 7, 2 proc. PKB.

Ustawa o budżecie państwa na rok bieżący mówi z kolei, że deficyt w tym roku ma wynieść 52, 2 mld zł. I jak dotąd resort finansów to podtrzymuje. Problem w tym, że minister Rostowski z sektora rządowego wyłączył cały szereg wydatków, chociażby finansowanie budowy dróg. W dodatku polska definicja wydatków rządowych wyłącza z nich transfery do OFE. To spowodowało, że informacja o tym deficycie jest mało ciekawa. Z punktu widzenia ryzyka ekonomicznego liczy się bowiem deficyt całego sektora finansów publicznych. Ekonomiści i rynki do niego przede wszystkim przywiązują wagę.

Około 100 mld zł to jeszcze bezpieczny deficyt?
Na bezpieczeństwo trzeba patrzeć przez pryzmat kosztów obsługi zadłużenia publicznego. I przez pryzmat ryzyka, że te koszty mogą bardzo wzrosnąć. Oczywiście, duży deficyt znacznie podnosi dług publiczny w relacji do PKB. Były obawy, że w tym roku może ta relacja dojść do 55 proc. Wygląda jednak na to, że na skutek umocnienia się złotego do tego nie dojdzie.

Minister Rostowski wspominał o 52 procentach.
A dokładnie: że nie przekroczymy 53 proc. To jest możliwe, jeśli zloty będzie się umacniał i jeżeli wpływy z prywatyzacji będą duże. Jednak ekonomiści są wciąż mocno zaniepokojeni i widzą ryzyko, że w przyszłym roku bariera 55 proc. może zostać przełamana. Z tym wiązałyby się daleko idące konsekwencje. Pamiętajmy, że mamy ustawę o finansach publicznych. A ta mówi, że w takiej sytuacji rząd jest zobligowany do przedstawienia bardzo rygorystycznego budżetu w następnym roku. Ale nawet, gdyby rząd zdecydował się na zmianę tej ustawy albo na przedefiniowanie długu publicznego tak, żeby nie doszło do przekroczenia tzw. progu sanacyjnego, to i tak pojawiłby się problem z oceną rynkową ryzyka. Rynki finansowe mogłyby zareagować niedobrze.

Tak właśnie stało się na Węgrzech?
Po około czterech latach deficytu właśnie na poziomie około 7 PKB i osiągnięciu relacji długu do PKB około 70 proc. doszło tam do dużego wzrostu kosztów obsługi długu publicznego. To zmusiło węgierski rząd i parlament do drastycznego obniżania wydatków. Albo więc natkniemy się na pułap 55 proc. PKB , a z czasem na konstytucyjny pułap 60 proc., co wymusi na nas radykalne zmiany w oparciu o obowiązujące prawo, albo też zostaniemy ukarani za rozrzutność przez rynki finansowe. W przypadku Węgier rynki były i tak dość cierpliwe. Gdyby tamtejszy przykład uznać za modelową sytuację dla nas , to z deficytem około 7 proc. PKB całego sektora już w zeszłym roku weszliśmy na węgierską drogę. W tym roku dalej nią idziemy. I według programu rządowego w roku 2011 będzie podobnie.

Czytaj dalej>>>

Stanisław Gomułka
Źródło: Dziennik.pl
12następna »
Walentynki w
Dziennik.pl Walentynki w Dziennik.pl