Unia wie, że traktat to trup
To nie Polska stworzyła sytuację kryzysową. Najpierw zrobiła to Francja, potem Holandia, a teraz Irlandia. Prezydent wyciąga wnioski z obecnej sytuacji. Dopóki przywódcy Irlandii nie powiedzą wyraźnie, że chcą poddać traktat pod ponowne głosowanie, jest on martwy, a ratyfikacja powinna być zamrożona - mówi DZIENNIKOWI Adam Bielan, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, rzecznik PiS.
- Palikot: Niech Kaczyński wytrzeźwieje
- Niemcy: Usunąć Polskę z Unii Europejskiej
- Kaczyński swym uporem naraża pozycję Polski
- Kwaśniewski: Europa uzna nas za egoistów
- Kaczyński: Bruksela nie ma prawa mnie oceniać
- Traktat jest martwy. Nie podpiszę go
- Premier Tusk poucza prezydenta
- "Błąd Kaczyńskiego szkodzi Polsce"
- Prezydent: Nie zablokujemy traktatu
- Prezydent: Rzadko się tymi numerkami posługuję
- Prezydent: Mam prawo nie podpisać traktatu
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-02-14

temp. min -20°C max. 1°C
opady:
brak
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Mikołaj Wójcik: Dlaczego Lech Kaczyński uważa traktat lizboński za martwy?
Adam Bielan: Wie pan, co napisał "The Economist", najpopularniejszy tygodnik wśród eurokratów? "Już czas, aby zaakceptować, że traktat lizboński jest martwy.
Unia Europejska może doskonale radzić sobie bez niego".
Skoro w Europie toczy się gra o jego uratowanie, to trudno mówić o trupie.
Żeby traktat był ratyfikowany i stał się obowiązującym prawem, musi być zaakceptowany przez wszystkie kraje. Irlandia go odrzuciła.
Ale nie wyklucza, że podejmie próbę jego ratyfikacji ponownie.
A kto tak powiedział?
Na ostatnim szczycie UE irlandzki premier razem z innymi przywódcami UE podpisali się pod stanowiskiem, by kontynuować proces ratyfikacji i zastanowić się nad ponownym referendum w
Irlandii.
Zasiadam w jednej grupie w Parlamencie Europejskim z rządzącą partią irlandzką i doskonale wiem, co mówią. Że powtórzenie u nich referendum nie daje żadnych gwarancji, że traktat zostanie
przyjęty. Powiem więcej: jest bardzo prawdopodobne, że zostanie odrzucony jeszcze większą przewagą głosów.
I akurat Lech Kaczyński musiał być tym, który wytłumaczy to unijnym przywódcom?
Prezydent Kaczyński powiedział jedynie, że król jest nagi. Przyjmuje do wiadomości fakty, których nie chcą przyjąć euroentuzjaści zaślepieni jakąś histerią, która zapanowała po
referendum w Irlandii. To nie Polska stworzyła sytuację kryzysową w Europie. Najpierw zrobiła to Francja, potem Holandia - to trzy lata temu, a teraz Irlandia. Prezydent wyciąga tylko wnioski z
obecnej sytuacji. Dopóki przywódcy Irlandii nie powiedzą wyraźnie, że chcą poddać traktat pod ponowne głosowanie, jest on martwy, a ratyfikacja w innych krajach powinna być zamrożona. Chcę
zadać pytanie tym, którzy namawiają prezydenta do szybkiego złożenia podpisu pod traktatem: czy chcą sytuacji, w której za kilka miesięcy Irlandczycy będą głosować już nie nad
ratyfikacją, ale czy chcą być dalej w Unii Europejskiej?
A na jakiej podstawie prawnej miałoby się odbyć takie referendum?
Nie widzę takiej. Ale jaki inny sposób na przeforsowanie traktatu mają teraz jego zwolennicy? Z jakiej racji Irlandczycy mają być traktowani gorzej niż Francuzi czy Holendrzy?
Ale żaden poważny polityk nie straszy Irlandczyków wyjściem z UE.
Ależ owszem. Komisarz Guenther Verheugen czy szef frakcji socjalistów Martin Schulz dokładnie tak powiedzieli.
Schulz i Polskę wiele razy straszył. Tylko że kanclerz Merkel nie przyłącza się do tego głosu.
Ale to jedyny scenariusz rozważany poważnie w Brukseli. Do października wszyscy ratyfikują traktat i wtedy na szczycie Irlandczycy dostaną jasny przekaz: albo ratyfikujecie traktat, albo
wychodzicie z Unii. To po to ma być błyskawiczna ratyfikacja w całej Europie.
A prezydent Kaczyński wybiera umieranie za Irlandię.
Prezydent dba o zasadę jednomyślności w Unii i chce spokojnie przyglądać się rozwojowi wydarzeń.
Jeśli zostaniemy już tylko my i Irlandia, to też dostaniemy takie pytanie.
Ale Niemcy i Czechy czy Szwecja też nie ratyfikowały tego traktatu!
Ale wypowiedź żadnego z przywódców tych państw nie zaniepokoiła unijnych partnerów i nie wywołała takiej burzy jak słowa Lecha Kaczyńskiego.
Chyba w Polsce, bo w Europie większą burzę zaraz po referendum w Irlandii wywołał prezydent Klaus, mówiąc o martwym traktacie. Wiele razy widziałem dużo większe zamieszanie niż po słowach
naszego prezydenta.
"Le Soir" napisał, że "wybryk Lecha Kaczyńskiego na nowo spycha Europę na skraj kryzysu". Prezydent wypowiedział się bardziej oględnie niż tak poczytne wśród eurokratów pisma jak cytowany już przeze mnie "The Economist" czy wydawany w Brukseli "The European Voice". One wprost apelują do przywódców europejskich, by nie tracili kolejnych miesięcy na bezproduktywną dyskusję. A wcześniej wspierały traktat. Naprawdę, mniej kompleksów.
Prezydent wypowiedział się akurat w dniu przejęcia przez Francję prezydencji w UE. Sarkozy trzymał we wtorek fason i zbagatelizował cios zadany mu przez Lecha Kaczyńskiego.
Rozumiem, że Sarkozy liczył na to, że odniesie wielki sukces podczas swojej prezydencji w UE. Ale to nie my zepsuliśmy Francuzom te plany, tylko Irlandia.
Ale Lech Kaczyński nie robi też nic, by Sarkozy’emu teraz pomóc. To musi rozczarowywać tych, którzy negocjowali ten traktat ramię w ramię z polskim prezydentem.
A co mamy zrobić? Straszyć Irlandię wykluczeniem z Unii?
Czyli prezydent stawia na wsparcie Irlandii, sojusz z USA, a rzuca rękawicę Unii Europejskiej, z której otrzymujemy miliardy euro, która solidarnie wspiera poprawę naszej
infrastruktury.
Absolutnie nie. Prezydent mówi wyraźnie, że jest gotowy ratyfikować traktat, jeżeli sytuacja polityczna ulegnie zmianie. Zresztą w wielu wypowiedziach był za głębszą integracją europejską
niż przywódcy Niemiec czy Francji. Choćby jeśli chodzi o liberalizację rynku usług. Oczywiście, lepiej by było, gdyby w Irlandii wynik był inny. Ale mleko się rozlało. Mamy inną
sytuację. Czy Lech Kaczyński ma kłamać, że jest dobrze, kiedy jest źle?



































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!