Wszystko na opak
Gdzie jest granica, do której można dojść w walce politycznej? Coraz dalej, to wiemy. Czy jednak aż tak daleko, żeby posunąć się do wykorzystania funkcjonariusza służb specjalnych pracującego na niejawnym etacie w kancelarii prawnej, aby spreparował ekspertyzę mającą zniszczyć oficera związanego z poprzednim układem? I podrzucenia potem takiego fałszywego dokumentu prasie? - pyta publicysta DZIENNIKA Michał Karnowski.
- Rosja wciąż sięga po sowieckie metody
- Jeśli nie Beenhakker, to kto?
- Kaczyński przegra bitwę o traktat lizboński
- Wałęsa kontra "Bolek"
- Prawo nie broni dzieci przed biciem
- Taniec polityków nad trupem TVP
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-05-23

temp. min 8°C max. 31°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Taki obraz wyłania się z analizy, jaką wykonali nasi dziennikarze, badając temat rzekomo nielegalnie przyznanych Zbigniewowi Nowkowi i jego współpracownikom mieszkań służbowych. Kierując
się odpowiedzialnością, nie podajemy nazwisk prawnika, o którym mowa, i innych szczegółów. Ale sprawy nie można pominąć milczeniem.
Bo czytając tę historię, włos się może na głowie zjeżyć. W tej wojnie ludzi służb specjalnych amunicją nie jest już zwykły przeciek, ale spreparowany materiał podrzucony prasie, która
jeszcze napisze, że dzielnie „dotarła” do skandalu. A więc wszystko na opak. Służby specjalne zamiast pilnować bezpieczeństwa państwa zajmują się sobą, a dziennikarze
zamiast sprawdzać fakty - łykają wszystko jak odkurzacze na myjni samochodowej. To się zdarzało - ale nie pamiętam, by było realizowane tak bezczelnie.
A przecież doświadczenie ostatnich kilkunastu lat polskiej demokracji powinno nakazywać kierownictwu służb szczególną ostrożność w tego typu zabawach. Zbyt często służby specjalne
wchodziły do politycznej gry i nigdy się to dobrze nie kończyło. Ani dla nich, ani dla mocodawców, ani dla demokracji. To akurat nie jest żaden wymysł - udział tych służb, w różnych
zresztą barwach organizacyjnych, kładł się ponurym cieniem na polskiej polityce. Potwierdzają to niemal wszyscy potrafiący myśleć i analizować przeszłość ludzie lewicy, prawicy i
centrum.
Jest stanowczo za wcześnie, by stawiać tezę, że wracają stare patologie. Ale historia, jaką opisujemy, jest poważnym sygnałem ostrzegawczym. I powinna być wyjaśniona. To się da zrobić. I
trzeba - niezależnie od tego, jak bardzo opinia publiczna jest zmęczona alarmami o końcu demokracji i wszechobecnych podsłuchach. Traktowano je poważnie, gdy obecna władza była opozycją. Ale
wszyscy się zgodzą, że trzeba je sprawdzać zawsze - także teraz, kiedy role się odwróciły.
Bo jeśli to prawda, to mamy do czynienia ze skandalem niepomiernie większym niż największy nawet przekręt na mieszkaniach.



























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!