psav

Czy prezydent rzeczywiście, jak to oceniła ostatnio jedna z gazet, zasługuje na zaledwie tróję z dwoma minusami? Lech Kaczyński nie ma dobrej prasy, notowania w sondażach też nie są najlepsze, media odnotowują głównie wpadki.

Na półmetku jego kadencji większość komentatorów kiwa więc z politowaniem głowami, mrucząc (ci z prawicy) lub krzycząc (centrum i lewica), że nie tak miało być. Słowem - katastrofa. Tyle że choć poszczególne zastrzeżenia są sensowne i obniżają ocenę główną, to w sumie na pewno nie wychodzi z tego bilans dający się sprowadzić do trójki na szynach. To ocena niesprawiedliwa. Pomija bowiem zarówno elementy pozytywne tej prezydentury, jak i to, co było przedtem.

Bo jeśli obecna głowa państwa wypada tak słabo, to jak ocenić w tym kontekście jego poprzedników: Wojciecha Jaruzelskiego, Lecha Wałęsę i Aleksandra Kwaśniewskiego? Jest bowiem paradoksem - co już napisano - że przy wszystkich słabościach i grzechach prezydentury Kaczyńskiego, to najlepszy z prezydentów po 1989 roku.

Może nie najbardziej efektowny, na pewno pracujący poniżej oczekiwań i obietnic, ale wolny od fundamentalnych zastrzeżeń wobec poprzedników. Niepochodzący z nieprawego i totalitarnego źródła, jak Wojciech Jaruzelski, unikający nieprzewidywalności i dziwnych sojuszy w stylu Lecha Wałęsy, pomimo drobnych wpadek dbający o godność sprawowanego urzędu i przejrzystość relacji ze światem biznesu i "dealów" wypada dużo lepiej niż Aleksander Kwaśniewski.

Lech Kaczyński stara się też spełniać podstawowe obietnice wyborcze, w tym prowadzenie polityki, którą nazwał "solidarną". Robi to konsekwentnie, zapowiadając choćby sprzeciw wobec rozwiązań, które ocenia jako niesprawiedliwe społecznie - zarówno za rządów Donalda Tuska, jak i wcześniej, Jarosława Kaczyńskiego, Kazimierza Marcinkiewicza. Przykładem są deklaracje, że nie ma mowy o rozwiązaniach w służbie zdrowia, które doprowadziłyby do powstania dwóch kategorii pacjentów - bogatych w jednoosobowych salach i biednych na korytarzach. I nie rozstrzygam, czy prezydent ma rację. Odnotowuję tylko konsekwencję.

Ale przede wszystkim prezydentura Lecha Kaczyńskiego jest mozolnym i mało efektownym, ale ogromnie ważnym spłacaniem długu pamięci wobec wszystkich, którzy po 1944 roku poświęcali życie i energię dla sprawy niepodległej Polski. Czasem, aż wstyd, że dopiero ten prezydent potrafił odnaleźć i uhonorować żołnierzy wyklętych, którzy z bronią w ręku stanęli do walki z komunistami po wojnie, ludzi marca 1968, działaczy SKS, "Solidarności" i dziesiątek odważnych lub nawet bohaterskich, a mało znanych środowisk. Trochę szkoda, że pojawiające się wpadki, jak pomyłka z odznaczeniem dla Wojciecha Jaruzelskiego czy dziwny i niewyjaśniony spór wokół orderu dla Adama Michnika, przysłaniają czasami istotę tej pracy przywracającej społeczną pamięć, nadrabiającej zaniedbania lat poprzednich.

No i filar trzeci: polityka zagraniczna. Tak naprawdę to właśnie rok 2005 wyznaczył pewne nowe kierunki i cele polskiej dyplomacji. Nie była to rewolucja, ani katastrofa, ale lekkie, choć ważne, przesunięcie. W skład tego pakietu wchodzi zarówno bardziej świadome i mocniejsze niż wcześniej czyniono wspieranie prozachodnich dążeń ukraińskich, w tym otwarcia dla niej drogi do NATO.

Taka sama oferta dla Gruzji. Próba znaczącego wzmocnienia Polski w Unii Europejskiej, co zresztą po części się udało. No i twarda polityka wobec Rosji, żądanie traktowania Polski jako pełnoprawnego członka UE. Wreszcie podjęcie rozmów z USA na temat tarczy antyrakietowej mogącej przy rozsądnych negocjacjach znacznie zwiększyć bezpieczeństwo naszego kraju, kontynuowanie obecności w Iraku. I choć Donald Tusk podawał sporą część tego pakietu w wątpliwość, choć wycofał się z Iraku, to zasadniczo prowadzi taką samą politykę zagraniczną. Im dalej od wyborów, tym bardziej zbieżną. Jak wycisnąć różnice, zostają tylko emocje i wzajemne złośliwości.

A jednak prezydent ma o czym myśleć na półmetku. Bo w tej prezydenturze jest rzeczywiście coś niedokończonego, coś, przez co nie może ona wybrzmieć do końca i pozostawia spore poczucie niedosytu. Sądzę, że to brak odpowiedzi na najprostsze pytanie: jakim być prezydentem, gdy brat bliźniak jest premierem? Może warto powiedzieć wprost - prezydent wszystkich Polaków to nie ja?

Jak komunikować się z Polakami? Może warto by postarać się o bardziej precyzyjne, jaśniejsze i zwięzłe wypowiedzi w telewizyjnych wywiadach? Co jest najważniejsze, z czego przede wszystkim chce być rozliczony? Tego też nie wiemy i nie wie sam Lech Kaczyński. Zbyt często więc zmienia kierunki i tempo, pozwalając, by jego działaniami rządziły nie plan i kalkulacja, a emocje i niecierpliwość. Sam gubi co chwila z oczu cel. Trudno się więc dziwić, że Polacy też go nie za bardzo dostrzegają.

Czy to wszystko jednak naprawdę zasługuje tylko na 3 z dwoma minusami? Powtarzam - moim zdaniem to nie jest sprawiedliwa ocena. Ja stawiam czwórkę. Bez minusów i bez plusów. a