Czy Ameryka wyzbyła się uprzedzeń wobec czarnych, zanim jeszcze porzuciła uprzedzenia wobec kobiet? Tak sugerował we wtorek Bill Clinton, z goryczą powtarzając, że jego żona padła ofiarą seksizmu. Takie okrzyki wznosiła grupa białych kobiet demonstrujących swoje niezadowolenie, kiedy władze Partii Demokratycznej dzieliły głosy elektorskie Florydy i Michigan.

Oczywiście prawda jest bardziej skomplikowana. To pojawienie się Baracka Obamy wywróciło do góry nogami cały amerykański pejzaż polityczny. Jednak coś jest na rzeczy. Jeden z najwybitniejszych amerykańskich filozofów politycznych Michael Walzer powiedział kiedyś w wywiadzie dla DZIENNIKA, że najważniejszym kryterium tego, czy ktoś jest w Ameryce konserwatystą czy liberałem do dziś pozostaje wyznawana przez niego wizja społecznej roli kobiety. Wszystkie różnice ideowe czy polityczne jak w soczewce ogniskują się na tej właśnie kwestii. Wielebny Wright z kościoła czarnych protestantów w Chicago, Louis Farrakhan z Nation of Islam czy wreszcie biali chrześcijańscy fundamentaliści z "głębokiej Ameryki” - wszyscy oni mają bardzo różne zdania na temat tego, czyja rasa i religia są lepsze, ale łączy ich to samo przekonanie, że miejscem kobiety jest dom, a jej powołaniem rodzenie dzieci i słuchanie męża. Nieprzypadkiem w Ameryce kobiety uzyskały prawo wyborcze dwa lata później niż w Polsce, mimo że Stany Zjednoczone pozostawały żywą demokracją, a nasz polityczny rozwój przez półtora wieku paraliżowały rozbiory. W dekrecie Józefa Piłsudskiego o ordynacji wyborczej do Sejmu wydanym w 1918 r., nazajutrz po odzyskaniu niepodległości, czytamy, że "wyborcą jest każdy obywatel państwa bez różnicy płci”. W USA kobiety uzyskały prawo głosu dopiero dwa lata później, w sierpniu 1920 r., a stało się to po trwającej przez kilka dekad walce amerykańskich emancypantek, które bardzo długo przez większość społeczeństwa traktowane były jak zwyczajne wariatki. W Bostonie jak memento do dziś funkcjonuje pierwszy amerykański hotel dla samotnie podróżujących kobiet. Otóż jeszcze w drugiej połowie XIX w. do szanujących amerykańskich hoteli nie przyjmowano kobiet podróżujących bez towarzystwa mężów czy ojców, uważając je za... panie lekkiego prowadzenia. Właśnie dlatego emancypantki założyły w Bostonie pensjonat, w którym kobiety mogły się zatrzymać bez bycia poniżanymi.

Ameryka jest ojczyzną politycznej poprawności zarówno w dziedzinie praw kobiet, jak i w kwestiach rasowych. W obu wypadkach jest to tyleż próba zapobieżenia realnym napięciom, co wyraz złego sumienia. Napięcia rasowe już w tej kampanii widzieliśmy, w wystąpieniu wielebnego Wrighta, w wielu „białych” reakcjach na polityczne sukcesy Obamy. Ale równie łatwo było w tej kampanii dostrzec amerykańską mizoginię. Przeciwko Hillary Clinton używano praktycznie obu podstawowych antykobiecych stereotypów: stereotypu wstrętnej herod-baby, która zamiast być łagodną, wrażliwą i uległą, rozstawia po kątach wszystkich, łącznie ze swoim mężem, ale także stereotypu słabej, płaczliwej histeryczki. Biały ksiądz Pfleger, występując z poparciem dla Obamy w czarnym kościele wielebnego Wrighta, ocierając oczy chusteczką, krzyczał do rozentuzjazmowanych jego wystąpieniem czarnych suprematystów, że "biedna Hillary płacze jak dziecko, bo Obama ukradł jej show”. Bezprecedensowe ataki na histeryzującą Hillary pojawiły się także w politycznie poprawnych liberalnych mediach, kiedy we wtorek wieczorem Clinton nie złożyła deklaracji zakończenia swojej kampanii, tym razem kradnąc show Obamie.

W rzeczywistości Hillary Clinton nie ma w sobie nic z płaczącej jak dziecko słabej kobietki. Przeciwnie, Obama uczynił hasło "zmiany” swoim prywatnym logo, Hillary Clinton przez kilkanaście lat przygotowywała się do tego, żeby owej zmianie nadać konkretną treść, żeby stworzyć alternatywę dla reaganomiki czy polityki zagranicznej Republikanów. Zaczęła już w okresie prezydentury swojego męża. To pod jej patronatem przygotowano wówczas pierwszy w amerykańskiej historii projekt powszechnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Projekt przepadł po totalnej kontrofensywie amerykańskich koncernów farmaceutycznych,wspartych przez ówczesną republikańską większość w Senacie i Kongresie. Dlaczego protestowały koncerny farmaceutyczne, skoro powszechne ubezpieczenia zdrowotne mogły poszerzyć rynek dla ich produktów? Otóż Hillary Clinton proponowała przy tej okazji przyjrzenie się przez rząd federalny skartelizowanemu przez kilka korporacji amerykańskiemu rynkowi farmaceutyków i usług medycznych. I zastosowanie przeciwko koncernom farmaceutycznym martwych od dawna regulacji antytrustowych. Ciężaru powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych przy monstrualnie drogich lekarstwach i usługach medycznych nie wytrzymałby budżet żadnego państwa ani żadnego społeczeństwa, nawet Ameryki.

Później przez osiem lat prezydentury Busha Hillary przygotowywała się do zmiany. To ona odbudowała małżeństwo Clintonów, bo rozwiedziona kobieta ma w Ameryce małe szanse na polityczną karierę. Po skutecznej kampanii jako pierwsza kobieta została senatorem Partii Demokratycznej ze stanu Nowy Jork. Przez cały ten czas budowała ekipę zdolną do rządzenia Ameryką zarówno z ludzi partyjnego aparatu Demokratów, jak i z ekspertów w zakresie ochrony środowiska czy polityki zagranicznej, nieraz o bardzo sensownych i umiarkowanych poglądach. Jednym z jej bliskich współpracowników był Joe Lieberman, do samego końca udzielał jej poparcia laureat Pokojowej, a w istocie ekologicznej Nagrody Nobla Al Gore. Wzywając do ostrożnej redukcji obecności amerykańskiej w Iraku przestrzegała jednocześnie przed izolacjonizmem i całkowitym wycofaniem się USA z Bliskiego Wschodu. Zbudowała dobre stosunki z Izraelem. W końcu dysponowała całą polityczną układanką pozwalającą sprawować władzę w Ameryce. Nie mogła jednak przewidzieć pojawienia się "czarnego Kennedy’ego”.

Teraz kobieta pojawi się w amerykańskim wyścigu do prezydentury najwcześniej za cztery lata. Być może znowu będzie się nazywała Hillary Clinton.