Karol Marks, żeby zrozumieć rodzącą się wokół niego burżuazyjną Europę, czytał powieści Balzaca. Kogo powinien czytać autor nowego "Kapitału", "Fenomenologii ducha" czy "Krytyki czystego rozumu"? Bez wątpienia powieści Michela Houellebecqa – jego "Poszerzenie pola walki", "Cząstki elementarne", "Platformę", "Możliwość wyspy". Poza nim może jeszcze powieści Johna Maxwella Coetzeego czy Wiktora Pielewina.

Bo nie ma dzisiaj niestety zbyt wiele poważnej literatury, która świadomie, a nie naiwnie – jak literatura rozrywkowa czy popularna – zgadzałaby się odgrywać rolę Stendhalowskiego zwierciadła przechadzającego się po gościńcu współczesnego świata. Houellebecq też pewnie nie zgodziłby się na nazwanie go po prostu realistą, a jednak opisując w swoich powieściach prywatne fobie i traumy, kłopoty z kobietami, problemy nieudaczników, którzy nie chcą albo nie potrafią poradzić sobie w szczurzym wyścigu, jako pierwszy powieściopisarz stworzył z tego wszystkiego obraz Europy, a może nawet Zachodu po upadku muru, po śmierci wielkich politycznych religii.

Oczywiście natychmiast rodzi się wątpliwość, czy powieści Houellebecqa to rzeczywiście literatura poważna, wysoka. Jak na współczesną literaturę wysoką są przecież zbyt ciekawe, mają zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Spór o powagę Houellebecqa toczy się w literackim światku od ukazania się w 1998 roku „Cząstek elementarnych” i od ich gigantycznego sukcesu. To właśnie od tamtej pory wielu szacownych krytyków literackich nazywa Houellebecqa skandalistą i odmawia nawet podjęcia dyskusji na temat jego prozy.

Istotnie, obyczajowe i polityczne skandale uczynił autor „Cząstek elementarnych” skutecznym wehikułem promocji swoich książek i swoich poglądów. Był we Francji sądzony za obrazę islamu, kiedy w wywiadzie towarzyszącym ukazaniu się w 2001 roku powieści „Platforma” nazwał to wyznanie „najgłupszą z religii”. Ale od procesu, w wyniku którego ostatecznie został uniewinniony, ważniejsza była sama powieść. „Platforma”, która ukazała się na kilka tygodni przed zamachami 11 września, kończyła się sceną wielkiego terrorystycznego ataku islamistów na zachodni ośrodek turystyki seksualnej w Tajlandii. Hoellebecqa uznano wtedy bez mała za politycznego proroka, podczas gdy on sam opisał po prostu nieuniknione napięcie pomiędzy zsekularyzowanym, czasami zbyt cynicznym, liberalnym Zachodem a fundamentalistycznymi peryferiami dzisiejszego świata. Tak jak „Cząstki elementarne” były pierwszym portretem Europy po śmierci totalitarnych wiar, tak „Platforma” stała się najgłośniejszym literackim portretem globalizacji.

Ale Houellebecq nie tylko obrażał islam czy prowokował swoimi deklaracjami politycznymi – zawsze radykalnymi, obojętnie, z lewa czy z prawa. We wszystkich jego powieściach można także znaleźć sceny, które wielu krytyków uznało za pornografię. Ale po Henrym Millerze czy po Charlesie Bukowskim to nie powinien być problem dla literackich smakoszy.

I rzeczywiście, kiedy uznano Houellebecqa za „najbardziej kontrowersyjnego ze wszystkich współczesnych pisarzy”, nie poszło wcale o pornografię. Po prostu proza Houellbecqa, a także cały jego stosunek do literatury nie mają nic wspólnego z tym, czego uczy się przyszłych krytyków na wydziałach wiedzy o literaturze. Już pierwszy swój głośny literacki esej Houellebecq poświęcił nie Tomaszowi Mannowi, Johannowi Wolfgangowi von Goethemu czy Franzowi Kafce – jak to jest w zwyczaju. Nawet nie Fiodorowi Dostojewskiemu. Jego „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu” z 1991 roku to doskonały szkic na temat dzieła i biografii jednego z największych twórców amerykańskiej powieści grozy. Literatury popularnej, rozrywkowej, niskiej. Bo Houellebecq, jak niegdyś romantycy, przekracza granice tego, co powinno się czytać i oglądać na salonach, i tego, co czyta i ogląda plebs. Jego powieści to pejzaże świata pomieszanego i rozbitego estetycznie, świata, który nas wszystkich wychował. Gdzie cytaty z gazet, telewizyjnych programów, kiepskich filmów przeplatają się z fragmentami doskonałej literackiej prozy i najbardziej wyrafinowanymi intelektualnymi rozważaniami. Gdzie wirtualny świat soap oper i internetu kształtuje nas estetycznie mocniej i głębiej niż malarstwo włoskie. Powieści Houellebecqa to „Zeszyty Literackie” przepuszczone przez wyżymaczkę meksykańskiej telenoweli, to Wolter podany w komiksie. To nasz najbardziej aktualny świat, który Houellebecq chłoszcze, ale którego nie zamieniłby na żaden inny.

Nie tylko w Polsce poważni krytycy bardzo długo nie chcieli się Houellebecqa dotykać. Podobnie było we Francji. Kiedy „Cząstki elementarne”, które wcześniej sprzedały się w milionie egzemplarzy i sprowokowały w całej Europie pierwszą od lat dyskusję o tym, jak powinna wyglądać współczesna powieść, nie dostały Nagrody Goncourtów, Houellebecq stał się najgłośniejszym spośród pominiętych. I do dzisiejszego dnia wielu we Francji uważa, że jury Goncourtów zupełnie idiotycznie odrzuciło pisarza, który nic by na nagrodzie nie zyskał. To ona zyskałaby na nim. Bo Nagroda Goncourtów tak jak wiele innych szacownych literackich nagród nie tylko we Francji od wielu lat trafiała w ręce smętnych nudziarzy.

I rzeczywiście dzisiaj nazwisko Houellebecqa Francuzi, Włosi, Niemcy, a nawet Polacy znają lepiej niż większość nazwisk laureatów Goncourtów z ostatnich 20 lat. Później zresztą sprawiedliwość oddała Houellebecqowi Europa. Za „Cząstki elementarne” otrzymał nagrodę miasta Dublina zwaną europejskim literackim Noblem. Kontynent, który Houellebecq przedstawia w krzywym zwierciadle swojej pamfletowej prozy, rozpoznał w autorze „Cząstek...” i „Platformy” ważnego europejskiego pisarza.