Z Niemcami nie wygraliśmy przecież nigdy – nie licząc drużyn młodzieżowych Andrzeja Strejlaua i Janusza Wójcika. Nawet kiedy w 1974 roku gnietliśmy ich na Waldstadionie (dziś, znak czasu, Commerzbank Arena) we Frankfurcie, a Lato, Gadocha i spółka bombardowali bramkę Seppa Maiera, to i tak w końcu górą byli oni.

Teraz żyjemy już we wspólnej Europie. Setki tysięcy Polaków pracuje w Niemczech, granic nie ma, różnice i historyczne zaszłości coraz bardziej się zacierają. Ale nie w sporcie. Polubiliśmy niemieckie autostrady, samochody i czekolady, ale za niemieckimi sportowcami nigdy nie przepadaliśmy. Tę niechęć pogłębiał fakt, że bardzo często i bez żadnych skrupułów sięgają po naszych najlepszych i ich "naturalizują": ostatnio Podolskiego, Klosego, Trochowskiego, a wcześniej Michalczewskiego, Kozakiewicza czy Wilimowskiego. Tak naprawdę udało nam się zaakceptować tylko jednego niemieckiego bohatera, zupełnie niezwiązanego ze sportem. Był nim Hans Kloss, agent sowieckiego GRU.

Dlatego tak wielki mamy wszyscy apetyt na to historyczne zwycięstwo. Bez wątpienia jest ono dla nas ważniejsze niż pokonanie każdego innego rywala. Poczynając od Włochów, a na Szwajcarach kończąc. Żadna inna wygrana nie sprawi nam takiej satysfakcji, nie spowoduje tego, że przynajmniej przez jakiś czas (aż do następnego meczu) będziemy chodzili dumni.

Uświadamia to również, jak wielkie znacznie ma futbol w Polsce, jak ogromny jest to potencjał. Czy zdarzyło się kiedyś, żeby wspaniałe orędzie prezydenta czy deklaracje lubianego powszechnie premiera, że niebawem będzie lepiej, wprowadziły cały czterdziestomilionowy naród w euforię? Tymczasem może tego dokonać jedenastu chłopaków, którzy kopią piłkę. Wystarczy, że w niedzielę wieczorem wbiją ją do niemieckiej bramki.