W PiS dzieje się coś niedobrego. Za Jarosławem Kaczyńskim nie przepadam, ale nigdy nie mogłem mu zarzucić braku pomysłowości i słabej retoryki. Sobota na Podkarpaciu dowiodła jednak, że prezes PiS wciąż się nie otrząsnął po jesiennej porażce. Co usłyszeli jego zwolennicy? Że rząd jest zły i nic mu się nie udaje. Chyba każdy, kogo by poproszono o - szczerą bądź cyniczną - krytykę rządu PO, zrobiłby to lepiej. Sam jestem nadal przekonany, że ten rząd jeszcze pokaże, co potrafi, i wciąż za wcześnie na jego gruntowną krytykę. Lecz gdybym musiał, wziąłbym przedwyborcze obietnice i zapowiedzi, porównał z dorobkiem półrocza i wypunktował konkretne wpadki: brak uproszczeń dla przedsiębiorstw czy grożące strajki kolejnych grup zawodowych. Jarosław Kaczyński nie zadał sobie trudu, jaki zadałby sobie każdy lider średnio wojowniczej opozycji. Mógł choćby przypomnieć podział na Polskę solidarną i liberalną - i zwrócić się do swojego mocnego elektoratu z grup ekonomicznie pokrzywdzonych. W końcu PiS chciał być kiedyś prawicowosocjalny. Dziś jakby zapomniał o własnych argumentach.

Myślenie PiS zdominowały resentymenty, a resentyment jest w polityce najgorszym doradcą. Polega wyłącznie na negacji, bez elementu twórczego. Prezes PiS nie potrafi wyjść poza negatywne emocje spowodowane przegranymi wyborami. Wytyka to dziś nawet Ludwik Dorn, dając do zrozumienia, że PiS obrócony głową wstecz daleko nie zajdzie. I ma rację. Co więcej, w ostatnich miesiącach ta partia pozbyła się wszystkich wyrazistych osobowości poza swoim liderem. Trudno odmówić Jarosławowi Kaczyńskiemu cech osobowości wybitnej, tyle że został on na placu boju sam. Nie ma nic do zaproponowania średniakom, jacy są dziś w jego otoczeniu (nazwiska przemilczę). Ludziom, którzy jeszcze nie tak dawno mieli z polityki dochody, przywileje i frajdę, zostało jedynie powtarzane pod dyktando narzekactwo na Donalda Tuska. Co oczywiste, to mierne otoczenie nie ma też nic do zaproponowania swojemu liderowi. Sprawia wręcz wrażenie, jakby powoli zbierało się do wyjścia z tego przyjęcia. Wokół Kaczyńskiego nie ma już dziś choćby jednego polityka, który wnosiłby nową wartość czy świeżą myśl do sporu publicznego. Prezes musi sobie radzić sam i idzie mu to z trudem.

Mam z tych powodów przeczucie, że to początek końca tej formacji. Jarosław Kaczyński tkwi w powyborczym letargu (już grubo ponad pół roku!) i coraz mniejsze są szanse, że się z niego otrząśnie. Wielokrotnie w ostatnich kilkunastu latach brak sukcesu powodował u niego wycofanie z gry. Spodziewam się więc, że - przy braku ewidentnego sukcesu opozycji lub ewidentnej porażki rządu - może on za pół roku zrezygnować z przywództwa w swojej partii. Wtedy nawet jeśli PiS będzie chciało się odrodzić, choćby i pod nową nazwą, to bez Kaczyńskiego nie zadziała. Ster przejmą średniej klasy działacze i rozłożą ten projekt na łopatki.