Z całą pewnością Kościołowi potrzebny jest charyzmatyczny przywódca. Z tą akurat tezą postawioną w DZIENNIKU przez redaktora Łozińskiego zgadzam się. Tym bardziej że w swym tekście Łoziński mówi o potrzebie bardziej wyrazistego świadectwa ze strony oficjalnych przedstawicieli Kościoła. A wobec silnych wyzwań laicyzacyjnych niezbędne jest świadectwo radykalizmu chrześcijańskiego. Zgadzam się, że w Kościele nie może być obecne myślenie korporacyjne, skoncentrowane na obronie własnego interesu, gdyż stanowi ono niebezpieczną formę antyświadectwa.

Uważam, że Kościół w Polsce winien skupić się najpilniej na trzech sprawach: tworzeniu programów duszpasterskich odpowiadających dzisiejszym wyzwaniom, dobrej formacji kapłanów umiejących odpowiedzieć na potrzeby ludzi zarówno głęboko wierzących, jak i zagubionych i poszukujących, oraz na budowaniu partnerskich relacji ze świeckimi.

Społeczeństwo nasze - mimo znanej religijności - staje się tzw. społeczeństwem pogranicza: między wiarą a niewiarą. Systematyczny kontakt z Kościołem, uczestnicząc we mszy w niedzielę, utrzymuje ok. 45 proc. Reszta, deklarując przywiązanie do religijnego obyczaju, narażona jest na prądy laicyzacyjne. Kościół ma kłopoty z dotarciem do niej. Ważne jest tworzenie duchowych elit świeckich, które nie będą gromadzić się w kruchcie, lecz odważnie wychodzić ku światu.

Trzeba przemyśleć relacje duchowni - świeccy. Króluje wciąż klerykalizm. Kapłani tak są kształtowani, że zajmują miejsce liderów. Rola księdza jest inna: szafarza sakramentów, przewodnika duchowego i inspiratora świeckich w ich apostolstwie. W parafii szkołą zaangażowania może być rada duszpasterska. Struktury te winny być nie "dodatkiem do proboszcza”, ale "szkołą liderów” podejmujących odpowiedzialność za wspólnotę. Warto zastanowić się nad uwolnieniem kapłanów od obowiązków czysto administracyjnych i finansowych. Mogą robić to specjaliści. Miejsce kapłana jest w duszpasterstwie.

Priorytet duszpasterski powinien towarzyszyć sposobowi wyłaniania biskupów. Postuluje to m.in. George Weigel, słynny biograf Jana Pawła II. Zauważa, że obecnie większość biskupów rekrutuje się z kręgów kościelnej administracji lub z kościelnych środowisk naukowych. Postuluje, aby podstawowym kryterium wyboru biskupa były zdolności duszpasterskie i czytelna sylwetka duchowa.

Kościół w ramionach władzy

Łoziński dowodzi, że przyczyną tego stanu rzeczy są sympatie polityczne oraz kiepska kondycja finansowa Kościoła. Wykazuje, że uruchomiło to "bardzo niebezpieczny proces nieformalnego zbliżenia Kościoła z partiami politycznymi różnych opcji”.

Choć system finansowania Kościoła staje się coraz mniej wydolny, sytuacja ta nie powoduje uzależnienia od elit politycznych czy biznesowych. Przykładem są niektóre sanktuaria, które przyjmują dotacje, ale w ich duszpasterstwie nie da się zauważyć promocji prominentnych biznesmenów. Podobnie było przy papieskich pielgrzymkach. A jedynym przypadkiem, w którym można mówić o uzależnieniu od elit politycznych, było Radio Maryja w okresie rządów PiS. Działania te spotkały się zresztą ze sprzeciwem, w tym i Stolicy Apostolskiej.

Myślę, że tym, co najlepiej broni Kościół przed zakusami instrumentalizacji, jest model obecności w rzeczywistości publicznej zarysowany na Soborze Watykańskim II, a w polskich warunkach potwierdzony w umowie konkordatowej.

W Europie wykształciły się trzy modele. We francuskim, nazywanym separacją radykalną, praktyki religijne (czy symbole) mogą istnieć na terenie kościelnym, nie w przestrzeni publicznej. Przeciwstawny mu jest model brytyjski, gdzie określone wyznanie ma charakter religii państwowej. I trzeci model, obowiązujący w większości państw, bazuje na zasadzie autonomii sfery kościelnej i politycznej. Każda z nich jest suwerenna i nie podlega drugiej. Państwo nie jest państwem laickim, lecz neutralnym światopoglądowo. Taki model przyjęto również w Polsce. Kościół może więc wykonywać misję w różnych obszarach życia społecznego, co nie skutkuje uzależnieniem od państwa. Po 1989 r. - mimo że otrzymywał on "przywileje” od poszczególnych ekip rządowych - nie stał się tubą ich propagandy czy rzecznikiem. A fakt, że biskup przyjmuje na audiencji polityka, nie oznacza wcale uwikłania w politykę całego Kościoła. Jako medialną bzdurę należy zakwalifikować również tezę o Kościele łagiewnickim, której pretekst dało spotkanie kardynała Dziwisza z politykami Platformy. Bo nie oznaczało to deklaracji politycznej kardynała. Zresztą w kilka dni później przyjął on prezydenta Kaczyńskiego.

Kościół nieobecny w sporze o Polskę

Tezę tę Łoziński powtarza w ślad za profesorem Wiesławem Chrzanowskim, który wysunął ją w wywiadzie dla DZIENNIKA. Chrzanowski jako zasłużony działacz katolicki ma prawo do takiego myślenia. Pamiętam jego wykład z początku lat 90., w którym stawiał zarzut Episkopatowi, że nie wyraża poparcia dla formacji politycznej, która wykazuje troskę o zasady chrześcijańskie. Argumentował, że po II wojnie światowej Pius XII i włoski episkopat wsparli chadecję, co uchroniło kraj przed ideologią laicką.

Kościół w okresie Soboru wybrał inną drogę. W konstytucji "Gaudium et spes” - o czym już była mowa - nacisk położono na zasadę autonomii sfery religijnej i politycznej w imię obrony uniwersalizmu nauczania Kościoła. Wsparcie jednej partii byłoby wykluczające dla katolików, którzy z nią się nie identyfikują. Zagrażałoby jedności Kościoła.

I dlatego polski Episkopat wycofał się na inne pozycje. Zachował autorytet krytycznego sumienia. Nie wypowiada się jednak na temat rozwiązań proponowanych przez ugrupowania polityczne, szanując ich autonomię. Dlatego też nie uczestniczył w sporze między "trzecią” a "czwartą” Rzecząpospolitą, co zarzuca mu redaktor Łoziński. Gdyby Kościół jednostronnie poparł projekt Prawa i Sprawiedliwości, byłby przegrany w ostatnich wyborach - wraz z tą partią. Chwała Bogu, że tak się nie stało.

Nie oznacza to jednak, że Kościół nie był obecny w debacie publicznej. W Polsce jego głos jest lepiej słyszalny niż w krajach ościennych. Apelował przecież w sytuacjach klęski bezrobocia, zagrożenia praw człowieka, rodziny, życia czy godności osoby ludzkiej. Bronił kanonu wartości uniwersalnych, które mają charakter ponadpolityczny.

Między innymi dzięki udziałowi Kościoła w debacie publicznej polskie ustawodawstwo w sprawach fundamentalnych ma charakter odmienny od rozwiązań przyjętych gdzie indziej. Niektóre z nich stały się przedmiotem debaty europejskiej. Choćby sposób wyrażenia w polskiej konstytucji zasady "invocatio Dei” został podjęty przez Europejską Partię Ludową w pracach nad Traktatem UE. Innym przykładem udziału polskich środowisk katolickich w debacie o przyszłości Europy są zjazdy gnieźnieńskie czy dyskusje w Krakowie.

Nie jest prawdą, co sugeruje Łoziński, jakoby Episkopat był wewnętrznie sparaliżowany faktem, że poszczególni biskupi mają różne stanowiska w bieżących sprawach i ten mechanizm uniemożliwia zajęcie stanowiska. Owszem, biskupi mają odmienne zdania, gdyż są też obywatelami, jednakże - mimo sporów - dochodzi do wypracowania wspólnego głosu. Za największą wartość uznaje się utrzymanie jedności, co zakreśla nieprzekraczalną granicę sporu.

Mówiąc o udziale Kościoła w sporze o Polskę, nie sposób pominąć wyraźnego jego wsparcia dla procesu europejskiej integracji ze strony najwyższych rangą polskich hierarchów. Kościół świadomie nie czynił tego w sposób "polityczny” - nie wskazywał, jak głosować w referendum. Mówił o wspólnych wartościach Europy wyrastających z jej dziedzictwa chrześcijańskiego, o które warto się troszczyć.

Obecnie przykładem zaangażowania Kościoła w debacie o przyszłości są inicjatywy na rzecz rozwiązań prorodzinnych czy w zakresie bioetyki. A przecież tematy te są jednymi z najistotniejszych sporów w naszym kręgu cywilizacyjnym.

Inna sprawa to fakt, że język debaty publicznej prowadzonej przez Kościół powinien być mniej emocjonalny, a bardziej merytoryczny i otwarty, trafiający do człowieka nieidentyfikującego się z wiarą. I tu należy skorzystać z doświadczeń innych lokalnych Kościołów, tworząc gremia eksperckie w tych dziedzinach, z którymi Kościołowi przychodzi się konfrontować.

Innym problem jest kwestia lustracji. Łoziński stawia tezę, że choć Episkopat przyjął radykalnie brzmiący Memoriał, to "akceptując reguły przyjęte w sądzie lustracyjnym, nic nie wniósł do rozwiązania problemu”. W moim przekonaniu teza ta jest niesprawiedliwa. Kościół utworzył komisje na różnym szczeblu badające archiwa IPN. Żadne inne środowisko w Polsce tego nie zrobiło. Zakończyła też pracę Kościelna Komisja Historyczna studiująca "teczki” biskupów. I nie wydała wyroków skazujących, ponieważ nie leży to w kompetencji Konferencji Episkopatu, której komisja jest organem. Jedynym sądem dla biskupów jest Stolica Apostolska. Dlatego to tam wyniki badań przekazano.

Na poziomie diecezjalnym znane są przypadki kapłanów, którzy utracili stanowiska w archidiecezji krakowskiej z tego właśnie powodu. Abp Sławoj Leszek Głódź zadeklarował, że uczyni to samo. Zasadne jest więc pytanie, czy Kościół - w imię wierności prawdzie - nie powinien upublicznić nazwisk kolaborantów. Metoda taka nie leży w tradycji kościelnej, a nabożeństwa ekspiacyjne, włącznie z wyznaniem win w imieniu Kościoła z 2000 r., wolne były od personaliów.

Konkludując, należy powiedzieć, że podstawowym wyzwaniem stojącym przed naszym Kościołem jest troska o jakość świadectwa oraz dotarcie do różnorodnych środowisk, które coraz częściej stoją na rozdrożu. Niezbędne jest uruchomienie śpiącego olbrzyma, jakim wciąż jest laikat. A towarzyszyć temu powinna przejrzystość ewangeliczna. Być może hierarchia jest w tym zakresie zbyt mało wymagająca - Kościół, który jest znakiem świętości w świecie, musi wszak cechować znacznie większy radykalizm w rozliczaniu zła czy publicznego grzechu rodzącego się w jego łonie. Pod żadnym pozorem nie może ukrywać czy bagatelizować czynów o charakterze przestępczym, jeśli takie mają miejsce. Dobrym przykładem jest tu postawa biskupa płockiego Piotra Libery, który podjął się oczyszczenia diecezji z głęboko ukrywanych wcześniej przypadków molestowania. Oczywiście kosztuje go to bardzo wiele, ale tylko taka droga jest słuszna, gdyż inaczej w samym Kościele zakorzeniać się będą swoiste struktury zła paraliżujące jego misję. A brak reakcji na zło we własnych szeregach jest właśnie tym niebezpieczeństwem, które zagraża przekazowi wiary i moralności, a nie - jak sugeruje redaktor Łoziński - instytucjonalizacja czy rzekome wejście w ramiona władzy.