Do swojej wojny z ciemnogrodem użyła 14-latki z Lublina, dziewczynki, która zaszła w ciążę i pewnie wolałaby zachować anonimowość, bo dziecko, które musi decydować, czy ma urodzić dziecko, przeżywa wystarczającą tragedię, nawet jeśli ta tragedia uchroni się przed sokolim wzrokiem redaktorów "Gazety Wyborczej".

Najpierw był krzyczący tytuł "Odmówili aborcji zgwałconej 14-latce" na pierwszej kolumnie. I szokujący tekst o tym, jak brutalnie zgwałcone dziecko jeździło po całej Polsce - od Lublina po Warszawę - próbując skorzystać z obowiązującego w Polsce prawa i usunąć ciążę. Ale niestety, "krok w krok podążali za nią po całym kraju ksiądz i działaczki z organizacji obrońców życia" - szydząc w obowiązującego w Polsce prawa, uniemożliwiając czternastolatce dokonanie wyboru.

Ale kiedy inne media zaczęły badać sprawę, okazało się, że zupełnie nie wiadomo, co w tym ideologicznym produkcyjniaku jest prawdą. Poza tragedią dziewczyny i jej bliskich, powiększoną przez interwencję "Wyborczej". Przede wszystkim do tej pory nie wiemy, czy ciąża rzeczywiście była owocem gwałtu. Tak utrzymywała matka dziewczynki, której postawa była zresztą zrozumiała, bo ona, prąc do aborcji, chciała uchronić swoją córkę przed zmarnowanym życiem.

Tymczasem sama dziewczynka miała zwierzyć się jednej z koleżanek, że być może chciałaby urodzić to dziecko, tym bardziej że jego ojcem nie był jakiś anonimowy gwałciciel, jakiś Fritzl z Lublina, ale jej kolega ze szkoły. Wszystkie te wątpliwości wyparowały z produkcyjniaka "Wyborczej". Pozostała w nim tylko mała La Passionaria, bohaterka walki o wolność aborcji, i osaczający ją polski ciemnogród. Przez następne dni "Wyborcza" donosiła z satysfakcją, jak Napieralski i jego ludzie po jej artykule bezskutecznie apelują do polskich władz, aby pomogły tropionej przez bezlitosny kler dziewczynce.

Ucieczka do przodu

Kiedy ideologiczny produkcyjniak "Gazety Wyborczej" został publicznie podany w wątpliwość, początkowo gazeta zaczęła się wycofywać. Oczywiście w swoim niezrównanym stylu, zwalając winę na innych. Dziennikarka "Wyborczej" z miedzianym czołem ubolewała, że "obce osoby sieją zamęt w życiu nastolatki". I że "Agata ma już dość" tego całego rozgłosu wokół niej. Hipokryzja ideologów z Czerskiej biła pod niebiosa, bo jeśli czegoś Agata mogła mieć dość, to ich własnych działań. Które zresztą przynosiły skutki, bo wersje wydarzeń przedstawiane przez przerażoną zrobionym jej medialnym rozgłosem czternastolatkę zmieniały się z każdym dniem i każdą rozmową.

W końcu Piotr Pacewicz, wściekły, że ideologiczna zabawka rozpada mu się w rękach, zaatakował DZIENNIK za to, że w ogóle przedstawiliśmy wątpliwości pojawiające się wobec wersji "Wyborczej". Zapomniał, że to już nie okres afery Rywina, kiedy wystarczył jeden telefon naczelnego z Czerskiej, żeby "należącą do nich sprawą" nikt inny w polskiej prasie się nie zajmował. Dzisiejsza Polska to już nie Polska jednej partii i jednej gazety, ale kraj wielu naprawdę różnych gazet i co najmniej dwóch partii. Pacewicz w swoim komentarzu ustawiał nas w roli "obrońców życia" - co dla redaktorów "Wyborczej" musi już być epitetem porównywalnym z nacjonalizmem czy antysemityzmem. Apelował: "obrońcy życia, pozwólcie żyć Agacie!", co znowu było przykładem nieskrępowanej hipokryzji, skoro to jego gazeta zrobiła z dziewczynki gwiazdę swojego ideologicznego show, depcząc jej prywatność podkutymi buciorami, wykańczając ją w jej szkole i mieście.

Ale tak przy okazji, ideologiczne ustawianie nas po którejś stronie w papierowej wojnie Czerskiej z ciemnogrodem, to także albo cynizm, albo świadectwo, że Pacewicz boi się w ogóle zaglądać do DZIENNIK, żeby mu się jego uporządkowany światopogląd nie rozchwiał. Bo my nie jesteśmy po stronie żadnej z wygłodniałych ideologicznych sfor rozszarpujących prywatne życie dziewczynki z Lublina: ani sfory z Czerskiej, ani sfory urządzającej publiczne "modlitewne" czy sms-owe naciski na dziewczynkę, której prywatna tragedia jest wystarczająco wielka. Obu sforom chciałoby się powiedzieć, parafrazując pewnego klasyka, "odczepcie się od Agaty!".

Najgłupsza wojna nowoczesnej Europy

To ciekawe, że "Wyborcza" nasiliła ostatnio swoją ideologiczną batalię. Próby zachowania przez rząd pokoju społecznego w kwestiach sumienia, próby uniknięcia wojny o aborcję, wojny o in vitro, próby łagodzenia napięcia pomiędzy środowiskami gejowskimi i konserwatywną większością społeczeństwa stały się dla redaktorów z Czerskiej nagle solą w oku. I największym niedokonaniem Polski pod rządami Donalda Tuska. Bo przecież państwo mamy sprawne, biurokracji nie widać, autostrady ciągną się od granicy do granicy, służba zdrowia bogatsza niż w Szwecji, nauczyciele jeżdżą do pracy mercedesami... Wobec tego zostało już tylko dobicie ciemnogrodu i zatknięcie flagi postępu na niewykończonej świątyni opatrzności bożej.

Prawie jednocześnie z opowieścią o dziecku heroicznie walczącym z klerem o prawo do aborcji "Wyborcza" opublikowała sondaż na temat stosunku Polaków do homoseksualizmu. I opatrzyła go krzyczącym, obrażającym tytułem: "Wszyscy jesteśmy Giertychami". Piotr Pacewicz grzmiał i szantażował moralnie całe społeczeństwo, podpowiadając Polakom w sposób już zupełnie obraźliwy, "jak się z tego leczyć". Do walki z naszym zacofaniem użyto sondażu, w którym istotnie widać dużo lęku przed homoseksualistami czy ich najbardziej radykalnymi politycznymi postulatami.

Ale np. w odpowiedzi na pytanie, jak wobec homoseksualistów powinno zachować się polskie państwo, zaledwie 20 proc. respondentów odpowiedziało po staremu "zwalczać", podczas gdy przytłaczająca większość Polaków uważa, że demokratyczna władza powinna ich albo aktywnie ochraniać przed atakami, albo tolerować. To zupełnie nieźle, w dodatku proporcje postaw Polaków zmieniają się wciąż w kierunku realnej tolerancji. Tymczasem Piotr Pacewicz widzi w tym wszystkim wyłącznie absolutną kompromitację Polski, wyraz naszego skrajnego zacofania, nawet jeśli jesteśmy w kwestii związków homoseksualnych, w kwestii adopcji dzieci przez pary homoseksualne, po prostu tak samo nieufni i tak samo podzieleni jak większość krajów europejskich. Dlaczego zatem wszystkich Europejczyków Pacewicz nie nazwie po prostu "Giertychami".

To oczywiste, że Polacy nie są aniołami. I byłoby bzdurą twierdzić, że bez "Gazety Wyborczej" i jej idiotycznych krucjat nie byłoby w Polsce ludzi bojących się gejów i przerabiających swój strach na agresję. Że nie byłoby fundamentalistów usiłujących z aborcji uczynić oręż ideologiczny przeciwko liberalnemu światu, że nie byłoby w Polsce ludzi bojących się wszelkich zmian obyczajowych. Problem w tym, że krucjaty "Wyborczej", zamiast na przekonywaniu opierające się na szantażu moralnym, na obrażaniu większości społeczeństwa - zamiast lęki Polaków przed nowoczesnością redukować, łagodzić, terapeutyzować, tylko je wzmacniają. Właściwie od początku lat 90. wszystkie szantaże modernizacyjne "Gazety Wyborczej" cofały Polskę w rozwoju. Katolicy po paru takich krucjatach stawali się fundamentalistami, patrioci nacjonalistami, ludzie, którzy nie znali Żydów, nie rozumieli ich racji, i których warto było spokojnie do pewnych rzeczy przekonywać, po paru artykułach Cichego czy kampaniach Grossa stawali się antysemitami. Polskiego kompromisu aborcyjnego, a także ucierającego się w Polsce kompromisu pomiędzy nowoczesnością i konserwatywnymi poglądami większości społeczeństwa Pacewicz nie znosi dokładnie tak samo jak Marek Jurek.

Myślałem, że "Gazeta Wyborcza" zrozumiała chociaż 10 proc. swoich błędów, zrezygnuje chociaż z drobnej części swojej agresji, szantażu, retorycznej przemocy. Ale nie, oni nie zrezygnują z niczego. Jarosław Kaczyński nie chciał ideologicznej wojny o aborcję, za co zapłacił utratą Jurka i jego frakcji, Platforma Obywatelska nie chce ideologicznej wojny o aborcję, in vitro czy wymuszania na konserwatywnej większości Polaków szybkiego przekraczania kolejnych progów obyczajowej tolerancji - wobec tego ideologiczną wojnę w kwestiach obyczajowych urządzi tutaj "Gazeta Wyborcza".

Wojna Agory na zimno

Ale jest jeszcze jedna okoliczność, która nawet ten modernizacyjny zapał "Wyborczej" czyni nieszczerym i nieprzekonującym. O ile bowiem słuchając Kingi Dunin czy Sławomira Sierakowskiego, mogę się nie zgadzać z ich radykalizmem, mogę mieć wątpliwość, czy działając w ten sposób Polaków do pewnych rzeczy przekonają, czy raczej odstraszą, to jednak wiem, że ich dystans wobec poglądów polskiej konserwatywnej większości jest szczery, uczciwy, nieomal heroiczny. Tak samo wierzgali i tak samo będą wierzgać za rządów Cimoszewicza, Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego czy Tuska. Bo oni mają idee, w które wierzą niezależnie od politycznej koniunktury.

Tymczasem "Gazeta Wyborcza" nigdy nie urządzała obyczajowej wojny domowej, żeby przeszkodzić w rządzeniu Cimoszewiczowi - ulubionemu partnerowi Michnika do pisania listów otwartych, Kwaśniewskiemu, nawet Millerowi - oczywiście dopóki ten ostatni nie stanął na drodze pomiędzy Agorą i telewizyjną koncesją, pomiędzy Agorą i WSiP. Czy także od premiera Tuska Agora usiłuje dzisiaj wydusić jakąś telewizyjną koncesję, jakąś smaczną prywatyzację? A ponieważ jej nie dostaje, chce mu urządzić na ulicach piekło, z zachodnimi korespondentami tropiącymi polskie zacofanie, z manifestacjami pro- i antyaborcyjnych fanatyków?

Przy dzisiejszych komentarzach Pacewicza, jak to wszyscy Polacy są Giertychami, łącznie z wybraną przez nich polityczną elitą, przy obecnym używaniu przez "Wyborczą" prywatnej tragedii dziecka do wojny z katolickim ciemnogrodem, odstręcza jeszcze dodatkowo cynizm tej gry, jej banalna przewidywalność, jej kompletna bezideowość. To już tylko robiony na zimno ideologiczny tabloid, który chce przypomnieć o swej dawnej wielkości i dawnych wpływach na władzę. On nawet ciemnogrodu nie osłabi, a jedynie zniszczy czternastolatkę z Lublina i jej życie prywatne.