Oczywiście pokolenie nestorów opozycji demokratycznej, pokolenie Wałęsy, Geremka, Michnika, Modzelewskiego zrobiło wszystko, żeby tę wojnę rozpalić. Kazało się czcić, budowało kapliczki na cześć samych siebie, brutalnie karało za próby zbadania, jak to w PRL-u było naprawdę. Nawet jeszcze niedawno wielcy opozycyjni starcy napisali kompromitujący list, którego jedynym moralnym przesłaniem był paniczny krzyk: spalić, zniszczyć, zakazać publikacji, bo my nie chcemy niczego wiedzieć! Ale pokolenie Cenckiewicza i Gontarczyka w tej wojnie pokoleń zajęło pozycję sędziów, której ja po prostu nie potrafię bronić. Bo jest fałszywa, bo oddala nas od zrozumienia, czym był PRL, czym my jesteśmy jako jednostki i naród, czego od nas można wymagać.

Młody robotnik złamany w Grudniu '70, który potem robi wszystko, żeby się z tego jakoś wywinąć. Nie mogę rzucić kamieniem, choćbym chciał. Bo by mi ręka uschła. Sam od dziecka byłem zaplątany w symboliczną, bezsilną polską politykę. Bałem się bezpieki kiedy woziłem bibułę, bałem się zomowców kiedy wychodziłem na symboliczne i upokarzające rocznicowe manifestacje w latach 80. I dlatego, kiedy pojawiła się sprawa "Bolka", kiedy stało się jasne - dla mnie już w 1992 roku - że Wałęsa został w grudniu '70 złamany, chciałem, żebyśmy wszystkiego się dowiedzieli, żeby nieliczni wtajemniczeni przestali tymi dokumentami grać, żeby polska polityka stała się naprawdę demokratyczna. Ale jednocześnie nie widziałem powodu, żeby to Wałęsę miało wykończyć, zaprowadzić pod pręgierz, gdzie ludzie, którzy byli w PRL zwyczajnymi oportunistami, którzy swoje bunty i represje przeżywali tylko w wyobraźni, będą go obrzucać zgniłymi pomidorami jako wielkiego zdrajcę.

To zrozumiałe, że Wałęsa się tych dokumentów wstydził i bał. Choć oczywiście niewybaczalne, że narzędziem swojego lęku i wstydu uczynił w jakiejś mierze własną prezydenturę. Wpływając na polską politykę tak, żeby teczka "Bolka" nigdy nie ujrzała światła dziennego. Dzisiaj mamy jednak sytuację, w której jak na dłoni widoczne są błędy obu stron. I wrogów lustracji i lustratorów mylących politykę z moralizatorstwem. Dlatego właśnie dzisiaj wypada powiedzieć, że Wałęsa swoją normę bohaterstwa spełnił - wychodząc jako młody robotnik z gołymi pięściami na czołgi. Nawet jeśli później został złamany. Kiedy w podziemiach komend Milicji Obywatelskiej bito i zabijano. Kiedy nie było żadnego zachodniego korespondetna, żeby mu się wyżalić, kiedy pozostawała naga siła i nagi strach o życie własne i o los swojej rodziny.