Moje życie z Lechem Wałęsą było absolutnie typowe dla pokolenia, które spędziło całą swoją młodość na diabelskim młynie polskiej historii . Na kolejce górskiej, gdzie naszą wycieczkę zaczynaliśmy wysoko, obserwując kariery swoich rodziców w czasach wczesnego Gierka, sami korzystając z "wielkiego skoku", zakładając pierwsze dżinsy, pijąc pierwszą colę, jedząc pierwsze frytki czy kurczaki z rożna karmione kupowaną na kredyt amerykańską paszą.

Potem jednak wagonik zanurkował razem z nami. Zaczął się kryzys późnej gierkowszczyzny. I ubrani w te nasze pierwsze dżinsy dyżurowaliśmy na zmianę z rodzicami i dziadkami w całonocnych kolejkach po masło czy mięso. Później był karnawał, potem stan wojenny, wybuch radości w kawiarni Niespodzianka, a za chwilę gorycz z powodu listy krajowej i wyboru Jaruzelskiego na prezydenta. Potem był Wałęsa gardłujący przeciwko grubej kresce, a później manifestacje pod Belwederem, na których skandowano "»Bolek« do Moskwy" i "Lech Wałęsa, kupa mięsa". Huśta nami tak do dzisiaj, wywracając żołądki wrażliwcom, a twardzieli ucząc cynizmu. Wałęsa był w tym wszystkim wielką figurą, graczem pierwszoligowym, oklaskiwanym, kiedy wbijał piłkę do bramki przeciwnika, wygwizdywanym, kiedy strzelał samobója.

Robotnicza ikona karnawału

W sierpniu 1980 roku Wałęsa wołający ze stoczniowej bramy, że mamy niezależne, samorządne związki zawodowe, stał się dla nas ikoną karnawału, tak samo jak Kozakiewicz na stadionie w Moskwie zginający rękę w geście, który - jak on sam dziś utrzymuje - nie miał żadnego politycznego podtekstu.

Byłem w tym czasie chyba anarchistą i właśnie jako anarchiście, nierozumiejącemu jeszcze dialektyki, która z przywódców wolnościowych protestów po prostu musi czynić autorytarystów, Wałęsa po raz pierwszy mi podpadł. W marcu 1981, po wydarzeniach w Bydgoszczy, gdzie milicja pobiła Rulewskiego i grupę związkowych działaczy, to Wałęsa osobistą decyzją zablokował prawie już nieuchronny strajk generalny. Wtedy Karol Modzelewski, jeszcze nie dzisiejszy pomnikowy autorytet za pancerną szybą, podpisujący groteskowy list wzywający do zakazu publikacji książki Gontarczyka i Cenckiewicza, ale jeden z nas, wyczulony na punkcie przestrzegania reguł równości i demokracji, zrezygnował w proteście przeciwko decyzji Wałęsy ze stanowiska rzecznika Krajowej Komisji Porozumiewawczej związku.

Wtedy wielu wcześniejszych KOR-owców, a późniejszych specjalistów od finlandyzacji i negocjowania z komunistami, obraziło się na Wałęsę za jego ugodowość, bo sami byli bardziej radykalni i chcieli grać ostrzej. Tym bardziej że parę dni wcześniej odbył się w Polsce strajk solidarnościowy, który był największym chyba tryumfem związku. Wzięły w nim udział miliony ludzi, od dzieci po emerytów. Także moja klasa maturalna strajkowała przez godzinę pod opieką rozdygotanej partyjnej nauczycielki, która wtedy bardziej bała się nas niż my jej. Robiliśmy, co chcieliśmy, bibuła w szkole była na porządku dziennym, samorząd uczniowski przygotowywał się do odegrania roli rewolucyjnego komitetu, który jakby co, pokieruje szkołą wspólnie z naszymi ulubionymi profesorkami z nauczycielskiej "Solidarności". A lekcje historii czy przysposobienia do życia w rodzinie socjalistycznej były okazją do totalnych kłótni z najbardziej twardogłowymi nauczycielami.

Wałęsa, wygaszając przygotowania do strajku generalnego, popsuł mi moją prywatną zabawę w rewolucję. Niestety, do tej pory nie wiem, kto miał w tym sporze rację, czy ja - jeden z wielu młodych radykałów, czy on - ze swoją biografią ostrożnego, raz już złamanego człowieka. Znającego nie tylko pianę polskiego entuzjazmu, ale także prawdę o polskiej słabości, człowieka, który przeżył pacyfikację Grudnia ’70. Chciałem tego strajku generalnego, nawet gdyby zakończył się sowiecką interwencją, bo wyuczony na wszystkich dostępnych mi książkach, na wszystkich poezjach, na wszystkich wybiórczych i ocenzurowanych heroicznych świadectwach z naszych powstań i buntów, wiedziałem, że pięknie i szlachetnie jest za ojczyznę ginąć. Szczególnie jeśli jeszcze się w ogóle nie żyło. Wałęsa sprzątnął mi wówczas sprzed nosa okazję do szlachetnej śmierci.

Takie same nastroje kilkadziesiąt lat wcześniej musiały panować wśród nastolatków z Szarych Szeregów i wśród dwudziestolatków z AK. Dlatego posłanie ich na śmierć przez czterdziestolatków z naczelnego dowództwa było przestępstwem, oczywiście takim, którego nie mieli prawa osądzać PRL-owscy oportuniści, ale które my powinniśmy ocenić dzisiaj. Bo problemy z polskim politycznym realizmem są dwa i oba utrudniały, a nawet jeszcze dzisiaj utrudniają, ocenę ostrożnego zachowania Wałęsy w okresie pierwszej "Solidarności" i potem. Po pierwsze, na realizm polityczny powołują się u nas rozmaite oportunistyczne kreatury. A po drugie, istnieje pewien rodzaj myślenia podszywający się w Polsce pod realizm polityczny, który każe zawsze prewencyjnie kapitulować i który jest w istocie usprawiedliwieniem dla każdej bierności.

To na przykład nadzieja, że Rosjanie zostawią nas w spokoju, kiedy my pochwalimy Putina za mordowanie Czeczenów albo odwrócimy się plecami do Ukraińców czy Gruzinów. Gdyby rzeczywiście tak było, gdyby można było liczyć na taką wzajemność, może to by się nawet opłacało. Problem w tym, że prewencyjna kapitulacja nie zawsze się opłaca. Czasem ośmiela innych do tego, by takim realistą pomiatać, aby wymusić na nim jeszcze więcej, niż gdyby rozsądnie udawał choćby skłonność do oporu. Zatem do dzisiaj nie wiem, czy decyzja Wałęsy, żeby zablokować strajk generalny w marcu 1981, była słuszna czy nie, czy była realizmem, czy kapitulacją prewencyjną, która ośmieliła Jaruzelskiego i Kiszczaka, przyspieszając w istocie stan wojenny. Pamiętam tylko jedno - i uczy mnie to pokory - że ja sam obraziłem się wówczas na Wałęsę z zupełnie nierealistycznych powodów. Bo uniemożliwił dopisanie jeszcze jednego odcinka polskiego mitu heroicznej ofiary.

Kolejne spotkanie z Wałęsą było jeszcze mniej przyjemne, po dziesięciu miesiącach stanu wojennego, kiedy nawet my młodzi nie byliśmy już tacy niewinni, wiedzieliśmy już nieco więcej o różnicy między polskim gadaniem a realną zdolnością do czynu. A jednak ciągle byliśmy radykałami, może tylko trochę bardziej nihilistycznymi. 10 listopada 1982 r. w Toruniu grupki młodzieży snują się między miasteczkiem akademickim i rynkiem, ulotki wzywają nas do manifestacji 11 listopada, a później trzynastego, i jeszcze w proteście przeciwko delegalizacji związku... Ale w sumie nikt nie wie, czy te wszystkie manifestacje się odbędą, gdzie się trzeba zebrać i kto je właściwie organizuje. "Solidarność" w naszym regionie jest już w zaniku. Pierwsze podziemne kierownictwo NZS-u na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika aresztowane i zdekonspirowane. Pierwsze i ostatnie naprawdę masowe manifestacje w Toruniu odbyły się 1 i 3 maja 1982. Wtedy było pałowanie, ścieżki zdrowia na podwórkach komend, setki ludzi zostało aresztowanych, wielu z nich dostało tzw. areszt bezwzględny bez zamiany na grzywnę i swoje parę tygodni lub parę miesięcy odsiedziało - przede wszystkim studenci i licealiści. Potem żadna manifestacja nie była w Toruniu już masowa.

Ale tego dnia dowiadujemy się o śmierci Breżniewa, nastroje buzują i zaraz potem poznajemy sławetny list "kaprala Wałęsy" do generała Jaruzelskiego. Jesteśmy zniesmaczeni i wściekli. Tym razem nie chodzi o polityczny realizm, o ugodowość, nawet my rozumiemy, że w tak trudnym momencie trzeba negocjować. I nie mielibyśmy o to do Wałęsy pretensji. Ale ten styl, nieodłączny i nie do podrobienia styl "kaprala Wałęsy". Zawsze nietrafiony, zawsze buracki, zawsze upokarzający nas - jego fanów, fanów "Solidarności". Tak samo jak wówczas, kiedy wchodząc wiele lat później do studia wyborczego z Kwaśniewskim, zamierzał "podać mu nogę" zamiast ręki, a my skręcaliśmy się przed telewizorami ze wstydu, wiedząc, że w starciu z mydlanym prezydentem wszystkich Polaków Wałęsa przegra, a my przegramy razem z nim.

Z Wałęsą nie jest jednak łatwo, bo jego koszmarny styl zawsze pozostanie nieodłączny od politycznej treści. Robociarz z kujawsko-pomorskiego zaplątany w politykę światową będzie popełniał wpadkę za wpadką. Może francuscy trockiści mogli się tym zachwycać, bo nie widzieli z bliska paru drobnych szczegółów. My widzieliśmy wszystko z bliska, w powiększeniu. A jednocześnie dzięki temu samemu burackiemu stylowi, dzięki aurze realnego człowieka z ludu, Wałęsa czasami wygrywał, a wtedy nie przeszkadzał nam ani jego gigantyczny długopis z papieżem, ani grube dowcipy czy chamskie odzywki, jakimi podczas słynnej telewizyjnej debaty wykańczał Miodowicza, sztywnego PRL-owskiego aparatczyka z koncesjonowanych związków zawodowych.

Wałęsa zdecyduje za ciebie

Jako naturalny anarchista najbardziej nie lubiłem przerabiania w Polsce ludzi naprawdę początkowo fajnych w drewniane bożki, w idole, których nazwisko kończyło dyskusję, zamiast do niej zachęcać. Zwroty w rodzaju "Wałęsa zdecydował", "Michnik powiedział", a nawet "takie jest przecież stanowisko Jana Pawła II" były coraz częściej używane zamiast argumentu w rozmowach, zwykle te rozmowy kończąc. Milionom ludzi, którzy potrafili się parę razy w życiu zachować naprawdę podmiotowo i godnie, jakby rzeczywiście byli już gotowi do życia w demokracji, wmawiano później przez całe lata 80. i 90., że wszystko, co w ich życiu ważne, zrobili za nich i dla nich Wałęsa, Michnik czy papież. Oduczając nawet tego minimum poczucia równości i podmiotowości, które pozwalałoby budować w Polsce żywą demokrację. Dwaj warszawscy historycy idei Marek Cichocki i Dariusz Karłowicz stali się nawet słynni z powodu tekstów, w których z coraz większą przesadą nazywali Jana Pawła II ostatnim polskim królem, monarchą, interreksem...

Zamiast przypominać, w jaki sposób społeczne teksty Jana Pawła II przyczyniały się lub przynajmniej mogły przyczynić do pojawienia się w Polsce choćby zaczątków demokratycznej świadomości, obaj panowie dokładali swoją miarkę do polskiego feudalizmu, który i bez ich intelektualnych wysiłków ma się tutaj świetnie. Mnie tymczasem w mojej anarchistycznej naiwności wydawało się, że Wałęsa, Michnik, a nawet Jan Paweł II to tak ciekawi i ważni dla nas ludzie, że ich przykład, zamiast wymuszać na nas pokorę i zamknięcie ust, powinien raczej uczyć podobnej wyrazistości sądów, chęci i odwagi ich wyrażania - nawet jeśli ich treść miałaby być inna niż stanowisko "liderów". Wydawało mi się, że to jest warunek liberalizmu, że nawet największe autorytety muszą uczestniczyć w dyskusji, w której liczy się jakość ich argumentów, a nie tylko samo ich nazwisko wymawiane zawsze z nabożną czcią, przez wyznawców lub dystrybutorów kultu.

Ofiara i dystrybutor takich personalnych kultów, Jacek Żakowski, jeszcze parę miesięcy temu na dyskusji organizowanej przez "Krytykę Polityczną" z nabożnym zasępieniem na twarzy powiedział, że zupełnie nie rozumie, jak ktoś może się nie zgadzać w kwestiach politycznych z takim autorytetem jak profesor Jerzy Jedlicki - ten ostatni homerycki zwrot "pro-fes-sor Jerz-rzy Jed-licc-cki" Żakowski wymówił, akcentując wręcz każdą sylabę z osobna. Z ogromną ulgą przyjąłem chichot przebiegający w odpowiedzi przez salę, bo nawet młodzi lewicowcy nie rozumieją już dzisiaj ani nie wyznają autorytarnych personalnych kultów, w których cieniu moje pokolenie musiało spędzać młodość. I spośród których jednym z najpoważniejszych kultów był kult Lecha Wałęsy.

Początkowi twórcy i dystrybutorzy tego kultu - środowisko inteligenckich doradców "Solidarności" - mieli się później stać wrogami Wałęsy w okresie wojny na górze. Po czym znów ustawili go na ołtarzu, kiedy Wałęsa okazał się jedynym skutecznym narzędziem do likwidacji rządu Olszewskiego. Z kolei Kaczyńscy czy Macierewicz posługiwali się kultem Wałęsy, kiedy nie mieli innego politycznego narzędzia przeciwko środowisku solidarnościowej lewicy. Nawet dzisiejszy spór o "Bolka" jest tylko w jakiejś części poszukiwaniem prawdy, pozostając dla wielu rytuałem znanym jeszcze z lat 80. czy 90., polegającym albo na obalaniu czyjegoś idola, albo na zamykaniem oczu na niewygodne fakty, bo jeśli prawdziwa okaże się zawartość teczki Wałęsy, to może i inne teczki są prawdziwe, a wtedy... w kogo będziemy wierzyć, bo przecież wiara nie zna półtonów, polityczni mesjasze nie mogą mieć zbyt skomplikowanej biografii.

Egzorcyzmując "Bolka"

Teraz jednak Wałęsa stanął pod pręgierzem nie za styl, nawet nie za polityczne błędy lat 90., ale jednak za swoją biografię. Bo potwierdza się hipoteza o złamaniu go przez bezpiekę w Grudniu ’70, bo wymuszone na nim wówczas zeznania obciążały innych ludzi...

Skoro jednak spieramy się o historię, warto wspomnieć o historykach. Z jednej strony dla autorów książki o Wałęsie można mieć szczery szacunek. Dotknęli sprawy, którą żaden z nestorów polskich badań nad opozycją demokratyczną nie chciał ubrudzić sobie rąk. Dlatego jeśli dzisiaj ten czy inny znany historyk starszego pokolenia zastanawia się publicznie, czy aby wszystko w książce Cenckiewicza i Gontarczyka zostało odpowiednio wyważone, czy nie są za młodzi, zbyt niedoświadczeni, żeby się tymi sprawami zajmować - to chciałoby się zapytać, dlaczego on sam nie zamknął się w ciszy archiwów IPN-u, by zmierzyć się z tragiczną biografią Wałęsy. Odpowiedź jest oczywista. Bo to nie są dynastyczne skandale Piastów czy Jagiellonów, to nie rocznicowa laurka na okrągłą rocznicę Marca czy Grudnia, tutaj za nadmierną dociekliwość można zostać pozwanym do sądu, zwyzywanym po gazetach, można się nawet stać celem pełnych oburzenia listów otwartych...

Z drugiej jednak strony, śledząc od dawna teksty i wypowiedzi Cenckiewicza i Gontarczyka, nie mogę oprzeć się przekonaniu, że ich moralny zapał - taktycznie powściągany w ostatnich tygodniach świadomością uczestniczenia w naprawdę wielkiej grze, być może największej grze ich życia - łączy się z wizją zarówno polskiej historii, jak i polskiej współczesności, która nie wydaje mi się do końca prawdziwa. Gontarczyk i Cenckiewicz lubią w swoich tekstach i wypowiedziach z ogromną satysfakcją podkreślać, że któryś z kolejnych rozpracowywanych przez nich TW brał pieniądze, że oficer SB zanotował, iż "brał je chętnie".

Ci świetnie zorientowani w epoce historycy zachowują się tak, jakby nie wiedzieli, że płacenie było jednym z przymusowych rytuałów SB, głębiej uzależniających, składanych złamanym przez bezpiekę ludziom w stylu propozycji nie do odrzucenia. Z kolei informacje, że jakiś TW czy kandydat na TW próbował zerwać kontakty z bezpieką, będą w ich tekstach relatywizowane, spychane na margines, jakby się nie liczyły - bo istotnie, twardym faktem pozostawały korzyści operacyjne bezpieki i krzywda wyrządzana ludziom, na których się donosiło. Tak więc teza przebijająca przez teksty Cenckiewicza czy Gontarczyka jest w zasadzie słuszna: należało być bardziej bohaterskim, bardziej czystym, bardziej nieskazitelnym. Jeśli już próbowało się oporu, należało wytrzymać nacisk, szantaż i zastraszenie. Tym bardziej że ofiarami złamanego przez bezpiekę człowieka zawsze byli także inni. Czy jednak teza oczywista z etycznego punktu widzenia nie zaczyna być problematycznym banałem, kiedy chcielibyśmy za jej pomocą poznać rzeczywisty sens polskiej historii, a przede wszystkim prawdę o etycznej cenie, jaką Polacy zapłacili za swoje historyczne klęski jako naród?

Przed paroma miesiącami miałem zaszczyt przeprowadzić wywiad dla "Europy" z historykiem i redaktorem krakowskich "Arcanów" Andrzejem Nowakiem, w którego piśmie ukazało się wiele podstawowych lustracyjnych tekstów. Andrzej Nowak powiedział w tym wywiadzie, że choć Polacy stracili w XVIII wieku niepodległe państwo, zachowali duszę, ocalili swój sarmacki republikanizm, czyste sumienie, pozostali piękniejsi od wyposażonych w nowoczesne państwo Prusaków czy Rosjan, którzy nas prześcignęli i pokonali. Otóż nie mogę się z tym zgodzić, cena za klęskę jest koszmarnie wysoka, także cena etyczna i estetyczna.

Ofiary nigdy nie są piękne, jedną z pozycji w bardzo długim rachunku za naszą historyczną klęskę, za roztrwonienie przez naszych sarmackich przodków gigantycznego potencjału I RP są teczki bezpieki, jedną z pozycji rachunku za utratę państwa są setki tysięcy upokorzonych złamanych ludzi, szczególnie spośród tych, którzy mieli na tyle odwagi, żeby chociaż spróbować stawiać opór. Morał, jaki dla mnie wynika z historii "Bolka", a także z historii tysięcy innych ludzi zapisanej w teczkach SB, jest jeden: zawsze należy robić wszystko, żeby zachować każdą postać własnego suwerennego państwa, żeby zapewnić mu polityczną osłonę zarówno od zewnątrz, prowadząc ostrożną politykę zagraniczną, korzystając z każdej geopolitycznej okazji do ukrycia się przed silniejszymi od nas, jak też od wewnątrz, chroniąc państwo przed ideologicznymi konfliktami, które niszczą wszystko, jeśli przybiorą formę radykalną i masową.

Zarówno wtedy, rozmawiając z Andrzejem Nowakiem, jak i teraz, obserwując publiczny sąd nad Wałęsą, zacząłem na własny użytek rozumieć, jakie to wszystko ma przełożenie na dzisiejszą politykę, na nasze rozumienie państwa. Dlaczego niepotrafiący ukryć satysfakcji sędziowie "Bolka", szczególnie ci z obszaru bieżącej polityki, jednocześnie mogą mówić, że Polska świetnie da sobie radę sama, i możemy sobie pozwolić na zadzieranie zarówno z Berlinem, Moskwą, jak i z Brukselą. Bo oni zazdroszczą swoim przodkom szlachetnego heroizmu i nawet historię "Bolka" rozumieją zupełnie na opak. Jako zachętę do bohaterstwa, które jest na wyciągnięcie ręki, "bo przecież my nie dalibyśmy się złamać tak jak ten Wałęsa".

Starsi bracia w polityce historycznej

Żydzi mają w swojej historii najnowszej dyskusję na podobny temat. Spór o zachowanie żydowskiej policji i tworzonej pod kontrolą nazistów administracji żydowskiej, Judenratów, w gettach na wschodzie Europy. W tym sporze starli się jedna z największych dwudziestowiecznych filozofek Hannah Arendt i badacz żydowskiej tradycji religijnej Gershom Scholem. Hannah Arendt uznała, że zachowanie Judenratów to plama na honorze Żydów, bo ich żydowscy funkcjonariusze zgadzali się nawet przygotowywać dla Niemców listy ludzi do wywózek. Tymczasem Scholem nie chciał tych ludzi oskarżać, dowodząc, że ich los to jeszcze jedna plama na honorze nazistów. Bo to oni zmienili Żydów w ofiary, a ofiary nigdy nie są piękne.

W jednym z najbardziej poruszających listów do Arendt Scholem pisał, że nie zgadza się ze sposobem, w jaki autorka "Eichmanna w Jerozolimie" traktuje ludzi "wystawionych na okoliczności, z jakimi ani Pani, ani ja nie mieliśmy do czynienia". Scholem, który politycznie był wtedy syjonistą, uważał, że jedyną odpowiedzią na Holocaust, na potworną klęskę narodu żydowskiego, nie jest moralne oburzanie się na ludzi, którzy dali się nazistom złamać, ale stworzenie własnego państwa, w którym żydowscy policjanci czy ludzie z administracji getta będą czczeni jako ofiary w tym samym stopniu, co Żydzi, którzy pierwszym transportem trafili do Oświęcimia. A naziści, którzy Żydów odarli ze wszystkiego, łącznie z pięknem poczciwego, czytankowego heroizmu, będą potępieni totalnie i bezwarunkowo. Najbardziej przez samo istnienie silnego Izraela, raz na zawsze kończącego z mitem narodu żydowskiego jako narodu bezsilnego, bez państwa, zdanego na łaskę tej czy innej rasy panów.

Nasza dyskusja o własnej przeszłości w latach komunizmu jest prowadzona w o wiele gorszym stylu. Z jednej strony nasi wielcy inteligenccy panowie usiłują dowieść, że teczek nie ma, ich zawartość niczego nas o polskiej historii nie uczy - co jest po prostu nieprawdą. Jednocześnie po drugiej stronie barykady, wśród lustratorów-moralistów, brakuje owej wymaganej przez Scholema wrażliwości na "los ludzi wystawionych na okoliczności, z jakimi my nie mieliśmy do czynienia". Wśród sędziów "Bolka" pojawia się wiara, że lustracja, oddzielając ziarna od plew, oczyści w istocie i wzmocni mit wspaniałego heroicznego narodu, który świetnie sobie poradził ze swoją historyczną klęską. Wystarczy tylko zdemaskować kilkadziesiąt tysięcy, a może więcej TW, którzy bohaterów tylko przed nami udawali. Nie jestem entuzjastą takiego rozumienia lustracji, bo zawsze miałem nadzieję na lustrację jako prawo, a obawiałem się lustracji jako świeckiej wersji sądu ostatecznego. Dzisiaj nadal nie mamy lustracji jako prawa, podczas gdy moralny sąd ostateczny przetacza się przez mazowieckie równiny.

Także sąd nad Wałęsą będzie katastrofą, jeśli po raz kolejny skończy się tryumfem polskiego mitu o niepokalanym narodzie męczenników, z którego trzeba tylko wyegzorcyzmować paru mięczaków podszywających się pod bohaterów. Będzie miał sens, jeśli dzięki niemu poznamy prawdę o wysokiej cenie płaconej przez naród za historyczną klęskę i o tym, jak w przyszłości takiej klęski unikać. Chociaż trudno zazdrościć Wałęsie, któremu w takim publicznym dojrzewaniu Polaków przyszło pełnić rolę pomocy naukowej.