Problem nie w tym, że prezydent patologicznie myli wszystkie możliwe nazwiska. Z tym można żyć. Wiem coś o tym, bo żyje z tym moja najdroższa żona, która nie myli postaci, ale zawsze przekręca ich nazwiska. Zawsze. Cud, że nie przedstawia się Pazurek. Jej nie mylą się tylko paragrafy i ich ustępy, kodeksy, ustawy, rozporządzenia. Oraz imiona dzieci. Więc nie ma sklerozy, tylko po prostu nie przywiązuje wagi do nazwisk. Ot, taka specyfika.

Lech Kaczyński ma jednak przerąbane. Ktoś mu bowiem wmówił, że musi być Pierwszym Kibicem Rzeczpospolitej, że musi fotografować się w garniturze i szaliku, że musi być wporzo, jazzy, git i zajefajny. Że nie wystarczy być budzącym sympatię, naturalnym mężem swojej normalnej i ciepłej żony celebrującym z nią rocznicę ślubu. Trzeba jeszcze wrzeszczeć "Polska, biało-czerwoni!". Tego, że prawdziwym obciachem jest szyta grubymi nićmi udawanka, że w szaliku wygląda jak w przebraniu, że wyczuje to każdy kibol, nie, tego mu nie powiedzieli. Męczy się więc prezydent w idiotycznym kostiumie szytym nie na miarę, a Michał Kamiński odtrąbia kolejny sukces.

A mógłby Kaczyński powiedzieć, że na piłce się nie zna, że jasne, chce, by nasi wygrali (kto nie chce?!), ale nie odróżnia wolnego od karnego i już. Zyskałby może nie miłość nieprzytomnych szalikowców, ale szacunek. A poza tym w Polsce nie wszyscy faceci interesują się futbolem, naprawdę - i piszę to ja, kibic - jest całkiem pokaźna grupa piłkoobojętnych. Wbrew pozorom, również heteroseksualistów.

Proszę mnie zrozumieć: nie wybrzydzam - przynajmniej nie tym razem - na prawa demokracji medialnej, nie walczę z tabloidami i obrazkową percepcją wyborców. Rozumiem, że Kaczyński, aby ponownie wygrać wybory, musi stać się ludziom bliższy, cieplejszy, bardziej ludzki. Nie trzeba jednak być mistrzem politycznego pijaru, aby wiedzieć, że w budowie wizerunku nie można abstrahować od budulca. Innymi słowy, nie z każdego da się zrobić luzaka, nie z każdego - męża stanu, nie z każdego - kowboja etc. Gdybym zobaczył w filharmonii Donalda Tuska, pewnie sturlałbym się ze śmiechu ze schodów. Po prostu nie pasuje tam i już, choćby minister redaktor Arabski przysięgał, że premier kocha swą płytę "Best of baroque" bardziej niż pieśniarkę Dodę.

Równie wiarygodny byłby Kaczyński w skórzanej kurtce na koncercie Sex Pistols. A propos, nie reaktywowali się aby? Hej, Michał, pędź to sprawdzić!