Przez ostatnie dni media pełne są debat na tematy historyczne. Sprawa Pyjasa pokazana w dokumencie TVN, przeszłość Wałęsy, którą zajmowano się już od dawna, a która na nowo zaistniała w mediach za sprawą publikacji książki Cenckiewicza i Gontarczyka – to nie są tematy zastępcze. Szkoda tylko, że zamiast pogłębionej refleksji mamy do czynienia ze swoistą wyliczanką życiorysów. Wstrząs moralny jest konieczny i przychodzi moim zdaniem zbyt późno. Ale równocześnie brakuje równowagi między przywoływaniem przeszłości a spoglądaniem w przyszłość. Zwłaszcza w naszą europejską przyszłość.

Nie dziwi mnie, że nagle osunął się na nas ciężar historii. Kiedy mamy wracać do tej nie tak odległej przeszłości, jeśli nie teraz, kiedy jeszcze żyją naoczni świadkowie minionych zdarzeń? Tym bardziej że przez ostatnie lata brakowało tego typu jednoznacznej konfrontacji. A jest ona konieczna chociażby po to, żeby przekazać młodemu pokoleniu, że komunizm nie był absurdalnym systemem rodem z filmów Barei.

Nie znaczy to, że dyskusje wokół książki SB a Lech Wałęsa” do końca wyjaśniają, jak skomplikowanym manewrem był proces wychodzenia z komunizmu. To wciąż są przyczynki do biograficznych sporów. Zarówno sprawa współpracy Maleszki z SB, jak i agentury Wałęsy traktowane są jako personalne historie. Tymczasem potrzebna jest pogłębiona dyskusja. Także dlatego, że wciąż trwa proces generała Jaruzelskiego i pokazanie kontekstu historycznego decyzji podejmowanych przez komunistycznych i opozycyjnych graczy jest niezwykle istotne.

Tego wysypu tematów historycznych w mediach - które poruszać trzeba - nie nazwałabym przykrywaniem innych. Niepokoi mnie jednak, że tylko na tym koncentruje się dziś cała uwaga mediów. A powinny one zająć się na przykład odwlekaniem przez prezydenta podpisania zatwierdzonego już przez parlament traktatu lizbońskiego. Złudzeniem jest, że obecna sytuacja jest analogiczna do tej, kiedy zrezygnowano z dalszej ratyfikacji konstytucji europejskiej w 2005 roku. Wtedy istniały instrumenty polityczne pozwalające wprowadzić ją jednak w życie (na przykład poprzez przesunięcie sprawy do Rady Europy), ale zamiast tego UE zrezygnowała z projektu federacji politycznej i zaproponowała obecny traktat. W tej chwili wykorzystane zostaną wszystkie instrumenty, by ratować traktat. Zwlekanie Polski, gdy kolejne państwa - ostatnio Hiszpania - ratyfikują traktat i gdy konieczny jest pozytywny głos 25 krajów, żeby wszedł on w życie, kładzie na Polsce olbrzymią odpowiedzialność za pogłębianie kryzysu w Europie.

I dlatego zbiegnięcie się koniecznego, choć spóźnionego powrotu do przeszłości z momentem, w którym powinno się myślami wybiegać ku przyszłości, uważam za bardzo niefortunne. Brakuje mi w polskich mediach równowagi. Zalewając nas interpretacjami, niszczą efekt emocjonalny, które film "Trzej kumple” czy książka historyków IPN mogły wywołać. Chciałoby się powtórzyć słowa Wildsteina, że po czymś takim: "Nie ma nic do powiedzenia”. Nawet problemy moralne rozmywają się, kiedy każdy felietonista i satyryk czują się w obowiązku się wypowiedzieć.

Może więc oprócz dokonywania sądów nad Wałęsą i Maleszką warto by demonstrować pod Pałacem Prezydenckim, domagając się podpisania traktatu. I pod kancelarią premiera, by natychmiast przedstawiono prezydentowi ustawę kompetencyjną stanowiącą pretekst do odwlekania złożenia podpisu. Przecież nie jest to łaska, którą zrobi nam pan prezydent. Może brakuje świadomości tego, jakie cięcie dokonało się pomiędzy traktatem konstytucyjnym a lizbońskim, który przywraca polityczność w sensie Arystotelesowskim, czyli także jako refleksję moralną na poziomie państwa.