Nawet jeśli premier czy minister spraw zagranicznych nie byli zadowoleni z wizyty minister Fotygi za oceanem, mogli tę kwestię wyjaśnić z prezydentem w zaciszu gabinetów, zamiast ogłaszać całemu światu, że konflikt między Pałacem Prezydenckim a kancelarią premiera trwa. Mamy teraz zupełną jasność, że ta otwarta wojna to element przedwyborczej kampanii, która toczy się już nie tylko w kraju. Walka o przyszłą prezydenturę w Polsce została przeniesiona na arenę międzynarodową. A to powinno nas zawstydzać, bo w tak delikatnej kwestii jak negocjacje w sprawie tarczy antyrakietowej premier i prezydent powinni mówić jednym głosem. Zamiast tego wykorzystują wizytę Anny Fotygi, by przedwcześnie stawać w wyborcze szranki.

Po kilku dniach spekulowania na temat tego, jak będą wyglądały rozmowy minister Fotygi w USA, i zapewnień ze strony rządu, że nie miał pojęcia ani o tym, że taka wizyta jest planowana, ani jaki będzie miała charakter, dowiadujemy się wreszcie, że minister Sikorski o wyjeździe Anny Fotygi do USA doskonale wiedział. Odradzał jej nawet wizytę w Waszyngtonie w momencie tak ważnym dla naszych rozmów z amerykańskimi partnerami. Szkoda tylko, że przez cały tydzień żyliśmy w przekonaniu o całkowitej nieświadomości rządu. Tymczasem to rząd wprowadził nas w błąd. Niezwykle dowcipne komentarze szefa gabinetu premiera Sławomira Nowaka, który ironizował, że być może, korzystając z niskiego kursu dolara, pani minister Fotyga poleciała do Stanów na zakupy, były wyjątkowo nietrafione. Tym bardziej że natychmiast dodawał on, że ta wizyta szkodzi polskiemu rządowi. Problem w tym, że i rządowi, i krajowi dużo bardziej szkodzi różnica stanowisk między prezydentem i premierem w najważniejszych kwestiach polityki zagranicznej.

Dużo bardziej niż wizyta Anny Fotygi w USA powinna nas niepokoić niedawna wypowiedź Baracka Obamy, demokratycznego kandydata, który ma olbrzymie szanse by zostać 44. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Kandydat, który być może wygra walkę o amerykańską prezydenturę, jako bliskich sojuszników USA wymienia Francję, Niemcy i Wielką Brytanię. Polski na tej liście nie ma. Te słowa powinny dać do myślenia polskim politykom. Tym bardziej że Obama jest sceptyczny wobec budowy tarczy antyrakietowej.

Jest to problem daleko poważniejszy niż wyjazd minister Fotygi do Ameryki. Nawet jeśli pani minister pojechała tam bez konsultacji z rządem, nawet jeśli ta wizyta była zbędna, to należało sprawę wyjaśnić inaczej, niż szafując oskarżeniami na łamach gazet. Nie wiemy, czy pytano panią minister, jakie są postulaty rządu, czy jak mają się one do żądań pana prezydenta. Nie wiemy, czy sondowała tylko Amerykanów, czy przedstawiła twarde stanowisko polskiego rządu. A jeśli tak, to czy przeciwstawiała mu stanowisko prezydenta. Cała wizyta została natychmiast wykorzystana jako element w grze o lepszą pozycję startową, kiedy przyjdzie do udziału Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego w prezydenckich wyborach. Jeżeli tarcza w Polsce powstanie, Lech Kaczyński może twierdzić, że stało się tak tylko dzięki temu, że w porę interweniował i wysłał minister Fotygę na konsultacje. Jeżeli rozmowy nie przyniosą oczekiwanych skutków, prezydent obwini za to zbyt wygórowane warunki postawione przez polski rząd. Donald Tusk może w dokładnie taki sam sposób obwiniać o fiasko negocjacji Lecha Kaczyńskiego. Jedno jest pewne: kampania trwa. A polska polityka zagraniczna może stać się tego największą ofiarą.