Obecne oskarżenie, mające charakter historyczno-naukowy, a jak chcą niektórzy - pseudonaukowy, nie jest ani jedynym, ani pierwszym. Od dawna Wałęsę oskarża się o to, że był agentem SB, który występował pod pseudonimem "Bolek" i od dawna powtarzali to niektórzy politycy, na czele z braćmi Kaczyńskimi. On sam w biograficznej opowieści z początku lat 90. wspominał o podpisaniu "paru papierów". Sprawa jednak na pewno jest poważniejsza. W kręgu "ludzi podziemia", także opozycyjnych i "solidarnościowych" prawników wiadomo było, że młody Lech Wałęsa, jak zapewne wówczas wielu innych robotników w Polsce, regularnie spotykał się przez jakiś czas z oficerami SB i składał zeznania.

Od osób, mających o tym wiedzę słyszałem, że nie budził sympatii esbeków: często po przesłuchaniu - rozmowie, wychodząc z konspiracyjnych mieszkań, szpiegował z kolei oficerów SB. Wiadomo także, czego nie ukrywają bynajmniej autorzy najnowszego politycznego bestsellera, Wałęsę definitywnie wypisano z esbeckich kartotek w 1976 roku, co oznacza, że musiał znacznie wcześniej stawiać opór i przestał mówić cokolwiek.

Rodzą się tu dwa, albo trzy pytania: po pierwsze, o Wałęsę z początku lat 70., ówczesną Polskę i Gdańsk. Drugie dotyczy kwestii ważnej: jeśli Wałęsa donosił, czyli odbywał regularne spotkania z oficerami SB i jeśli nawet był określony jako TW "Bolek", to jakiego typu był to agent? I trzecie pytanie o to, dlaczego, było nie było wielki człowiek, jakim niewątpliwie jest Wałęsa, nie opisał swych kontaktów z SB od początku prosto i jasno, tak jak to niejednokrotnie potrafił?

Początek lat 70 mimo swego rodzaju "umowy społecznej", jaką nowy sekretarz Gierek zawarł z polską klasą robotniczą, a właściwie z całą Polską, był dość ponury. Zwłaszcza w Gdańsku, gdzie esbecy prowadzili wciąż intensywną akcję, a po 1968 roku nastroje inteligencji i młodzieży studenckiej były raczej ponure. Nadzieja, tak naprawdę, pojawiła się później i gdzieś po roku 1972r. Polska była krajem ludzi wystraszonych i efektywnie zastraszanych. Służba Bezpieczeństwa działała bezwzględnie, zwłaszcza wśród robotników i nic dziwnego, że tacy ludzie, jak młody Wałęsa łatwo mogli stać się współpracownikami SB. "Liberalna Milicja" to czasy nieco późniejsze.

Dziś, mimo wszystko, mamy możliwość porównania różnych osób, które donosiły. Jeśli Wałęsa byłby, jak się go oskarża, agentem SB, to moglibyśmy go porównać choćby z takim stwierdzonym agentem jak Maleszka i jeśli tak zrobić to obraz późniejszego przywódcy "Solidarności" zacznie się inaczej rysować. Warto także przypomnieć, że i początek, i środek lat 70., kiedy zaczęła już działać demokratyczna opozycja, ogół polskiego społeczeństwa, łącznie z wieloma środowiskami katolickimi, które teraz głośno wołają o swej opozycyjności, siedziały cicho i trzeba było szczególnych wydarzeń, aby ludzie mogli pokonać ten normalny dla peerelu codzienny strach.

Na tym tle ocenić trzeba dwie sprawy, a nie jedną, zarówno ciemny punkt biografii Wałęsy i jego zgodę na współpracę z SB, ale też i punkt drugi: jego wolę i osiągnięty cel zerwania współpracy z polityczną policją. Prawdą jest, że ludzie, którzy zrywali taką współpracę, tak, jak ci, którzy porzucali partyjne kariery było więcej, ale miało to miejsce dopiero w tym niezwykłym okresie lat 1980-81, w czasie działania "Solidarności". Często zresztą ci, którzy wówczas do współpracy publicznie się przyznawali, okazywali się po 13 grudnia na powrót ludźmi systemu. Tak się jednak z Wałęsą nie stało.

Wałęsa w latach 80., ponurym okresie stanu wojennego, wyrósł naprawdę na bohatera, chociaż mieliśmy wówczas wiele takich osób, poczynając od męczennika solidarnościowej sprawy, księdza Popiełuszkę. Wyrósł na bohatera także dlatego, że ten niewykształcony człowiek zabierając głos w węzłowych momentach, reagując także na to, co wielka machina propagandowa produkowała przeciwko niemu, wykazywał się ogromnym rozsądkiem, wyczuciem i nie powiedział nigdy ani jednego, niepotrzebnego i niewłaściwego słowa. Nic dziwnego, że także w oczach krytycznej wobec niego elity intelektualno-politycznej wyrósł na uznawanego przywódcę i symbol polskiego dążenia do wolności.

Kiedy jednak siły pozostającego bez żadnego społecznego poparcia reżimu zaczęły słabnąć i gdy plan ratunkowy włączenia "Solidarności" w system zamienił się w błyskawicznym, społecznym procesie w całkowity i definitywny upadek systemu, Wałęsę na politycznym salonie zaczęto oceniać bardzo negatywnie. Muszę od razu dodać, że byłem wśród tych, którzy obawiali się oficjalnej prezydentury Wałęsy, ale też z perspektywy czasu powiedzieć trzeba, że rozwiązanie, aby wybrano go w powszechnych wyborach, to pomysł skłóconej już wówczas nowej elity politycznej. Gdyby Wałęsa został prezydentem, wybranym przez Zgromadzenie Narodowe, zapewne inne byłyby konsekwencje jego rządów. Do takiego rozwiązania jednak parli wówczas ci, którzy teraz stali się obrońcami Wałęsy. Ale też wady Wałęsy dały o sobie znać i wyraziły się symbolem, do dziś bolesnym: "wojna na górze".

Dla równowagi powiem, że zapalczywość drugiej strony, do niedawna popierającej Wałęsę, mniejsza nie była, ale trudno nie wskazać tego destrukcyjnego działania, jakie podjął wówczas Lech Wałęsa wobec własnego, acz kłócącego się, solidarnościowego obozu. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że prezydentura Wałęsy - to wielka klęska. Wałęsa otoczył się różnymi kreaturami, w dodatku tak czy siak powiązanymi z dawnym systemem, włącznie ze służbami i to bez względu na to, czy chodziło o byłych kierowców, czy osoby utytułowane stopniami naukowymi. Nic dziwnego, że Polacy bardzo surowo ocenili tę prezydenturę i ten wielki mir, jaki zdobył w latach 80. Wałęsa nie tylko zbladł, ale całkiem wyparował. Warto jednak pamiętać, że konsekwencje prezydentury Wałęsy byłyby zapewne inne, gdyby na choćby trochę wyższym poziomie działała cała nowa elita polityczna.

Tutaj biografia Wałęsy i jego wady splatają się z wadami bardziej powszechnymi Polaków. I w "wojnie na górze", i w niszczących skutkach prezydentury Wałęsy z wielką i niszczącą siłą ukazało się coś, co do dziś gnębi polskie stosunki społeczno - polityczne: destrukcyjna wewnętrzna kłótnia. Polska umiejętność destrukcyjnego skłócenia przekracza czasem niebezpiecznie umiejętność ludzkiej współpracy. Brak kultury, wiedzy, przygotowania intelektualnego łatwo - i słusznie - zarzucić można Wałęsie, ale przecież cała rzesza nowo wykreowanych wówczas polskich polityków zachowywała się niewiele lepiej i rozumniej od niego. Po dziś dzień zresztą żadna z partii byłych i obecnych nie zadbała w żaden instytucjonalny sposób o to, aby stworzyć zaplecze intelektualne, kształcące następców i dające także pogłębioną bazę politycznej praktyki. Cóż więc dziwić się Wałęsie?

Pytanie, które powstaje, dotyczy teraz związku, jaki - moim zdaniem - zakłada deprecjonująca Wałęsę informacja o jego agenturalnej przeszłości. Tak naprawdę polityczny sens oskarżeń, sformułowanych wobec Wałęsy dotyczy zakładanego powiązania między owym ciemnym i kompromitującym epizodem z początku lat 70, a jego prezydenturą. Wydaje mi się, że jeśli jakieś związki dałoby się ustalić, to na pewno nie na podstawie materiału z teczek SB. A w tym sensie wpisanie oskarżeń Wałęsy w obraz sieci esbeckich stosunków, które wyznaczały, choćby nawet bez jego wiedzy los państwa i państwowych instytucji sprawia wrażenie polityczno-społecznej paranoi. Paranoi tym groźniejszej, że doświadczenie pokazało, że demokratyczne instytucje, zbudowane - było nie było - przy współudziale postkomunistów potrafiły przetrwać i obronić się przed zakusami zdobycia niekontrolowanej społecznie władzy.

W tym sensie to pierwotne dzieło Lecha Wałęsy nabiera znowu pozytywnego znaczenia, bo chociaż on sam, jako polityk-prezydent wcale się nie sprawdził, a nawet zaszkodził, to zarazem Wałęsa stał się symbolem najlepszego, co wydobyło się z Polaków w końcu wieku XX, a zapewne najlepszego i najwyżej ocenionego w świecie nie tylko w minionych dekadach. Dzieło polskiej "Solidarności", symbolizowane portretem Wałęsy jest wielkim pomnikiem dla Polaków, dla wszystkich Polaków. A jego fotkę można znaleźć od Turcji po Amerykę Południową. Stąd też przywołanie oskarżenia o esbecką przeszłość Wałęsy nabiera szerszej dwuznaczności i musi nasunąć pytanie, czy i jak warto to robić?

Polska, także polska polityka, bez względu na jej poziom i jakość przeszła długą drogę i jakoś żyjemy wcale nie najgorzej. Nie ulega też wątpliwości, że sprawa przeszłości, zarówno tej peerelowskiej, jak i "Solidarnościowej" wymaga wciąż ożywienia i pamięci. Gdy pisałem o bohaterach ponurych lat stanu wojennego, latach 80. uświadomiłem sobie, że sam musiałbym zastanowić się głęboko, kogo chciałbym wymienić. A fakt, że dzisiaj przeciętny Polak nie potrafi wymienić nazwisk owych wielkich bohaterów walki o wolność, wydaje mi się sprawą rozpaczliwą. Warto więc na pewno sięgnąć również do złych i ciemnych stron wielkich biografii, także po to, aby młodzi Polacy mogli poznać, jak trudna i bolesna była droga do radosnego kraju, w którym dziś żyją, a mówię to bez cienia ironii.

Pytanie, na które nie odpowiedziałem, dotyczy tego, dlaczego Lech Wałęsa, podobnie jak wielu innych, wybitnych i niewątpliwie zasłużonych dla polskiej wolności działaczy, którym przytrafiły się równie ponure epizody i chwile słabości nie byłow stanie powiedzieć o tym szczerze u progu wolności - i wielu milczy do dziś? Jak refren wraca myśl, że gdyby choćby minimalna lustracja dokonała się w Polsce za rządów Tadeusza Mazowieckiego, u progu wolnego państwa, wówczas, być może, inaczej by także wyglądała pamięć o dziele i ludziach "Solidarności".

Na pytanie to nie umiem odpowiedzieć, tak, jak nie umiałem, gdy niedawno do takiej ciemnej plamy w swej biografii przyznał się Michał Boni. Podziękowałem mu za to, ale sądzę, że gdyby to zrobił w roku 1990, wszyscy na tym zyskalibyśmy. Być może największym błędem Wałęsy było i jest nadal to, że nie powiedział wszystkiego, co się jemu przydarzyło w takich słowach, w jaki potrafił mówić niejednokrotnie o różnych sprawach. Problem Wałęsy dzisiaj, który napędza i daje życie złym uczuciom wobec niego, to problem prawdy i kłamstwa. Jeśli nawet uznać dzieło, które tak nas dziś bulwersuje za stronnicze i nieprawdziwe, to także trudno nie mieć wątpliwości wobec Wałęsy. Bo to, że zaprzecza oskarżeniom, nie rozwiązuje sprawy. Zarzuty i analizy są bowiem zbyt poważne i szczegółowe. Gdybyśmy usłyszeli szczerą opowieść samego Wałęsy o sobie z tamtych ponurych lat, sprawa zapewne inaczej by wyglądała. Ma się wrażenie, że w wystąpieniach zezłoszczonego Wałęsy nie ma prawdy.

Być może problem wyznań ma szerszy kontekst społeczny. Zapewne, gdyby atmosfera lat początku naszej wolności była nieco inna i choć trochę przypominała stan umysłów z wiosny i lata 1981 roku, to łatwiej byłoby ludziom wychodzącym z podziemia powiedzieć o ich załamaniach i ciemnych plamach biografii.

Jeśli teraz odbieram źle tę nagonkę i jej polityczną inspirację, która nie ulega najmniejszej wątpliwości to również dlatego, że mamy - jako polska zbiorowość - niewiele innych symboli, jak Lecha Wałęsę - jako reprezentanta tego, co w było w polskim dziele najlepszego. Lecha Wałęsę, który z człowieka, chwalącego się tym, że książek nie czyta, stał się niezwykle namiętnym samoukiem i czytelnikiem książek. Mam wrażenie, że dla polskiego samopoczucia równie ważne byłoby poznanie wad swych bohaterów, jak i dostrzeżenie, że ich czasem okropne wady, są także naszymi. Tak, jak ta wada, która ożywia teraz wystąpienia Wałęsy: nie mówi się prawdy, zwyczajnie, prawdy o tym, jak było.

Chodzi mi o książkę "Drogi nadziei", której pierwszej wydanie było w 1989r.

Opisał to kiedyś błyskotliwie Jerzy Jedlicki.