Dziennik.plOpinie

Wtorek, 14 lutego 2012

Imieniny: Walentego, Cyryla, Metodego

Pocztówka z Cchinwali

2008-09-04 | Ostatnia aktualizacja: 18:01 | Komentarze: 0 | skomentuj

Tytuł jest mylący. Nie zwariowałem, i to nie w stolicy Południowej Osetii spędziłem ostatnie wakacje. Byłem tam wcześniej, a dziś przecieram oczy ze zdumienia, bo ze swej podróży pamiętam atmosferę groteski panującą w tym wybijającym się na niepodległość kraiku wielkości naszego powiatu - pisze w DZIENNIKU publicysta Robert Mazurek.

Pogoda

POLSKA

Wtorek 2012-02-14

temp. min -19°C max. 1°C
opady: śladowe opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

Cchinwali, w okresie swej największej świetności, było czterdziestotysięcznym miastem z małą cerkiewką, zarośniętym parkiem, kilkoma krzywymi ulicami i pięknym widokiem na ośnieżone szczyty Kaukazu. Dziś to stolica "niepodległego" od lat państwa, które ma swój uniwersytet przypominający prowincjonalne liceum w głębokim PRL-u, swego prezydenta, parlament, rząd i mafię. Zwłaszcza ją.

Najlepszy hotel w kraju był jeszcze niedawno zamknięty na kłódkę i otwierany dla budzących powszechne zdumienie przybyszów, którzy uparli się, że muszą się zatrzymać akurat w południowej Osetii, jakby nie mogli w odległym o pół godziny jazdy samochodem gruzińskim Gori, które jawi się w porównaniu z Cchinwali jako europejska metropolia. Ja się uparłem, więc dostałem najlepszy apartament z widokiem na malutki rajkom pełniący funkcję pałacu prezydenckiego, siedziby rządu i parlamentu zarazem. W pokoju nie było co prawda ogrzewania i wody, ale dzięki pomocy stróża udało mi się jakoś przezwyciężyć te przejściowe trudności, a prysznic wziąłem właśnie w pałacu prezydenckim. Równowartość dwóch dolarów, jaką dałem tamtejszemu cieciowi, wystarczyła na dwie butelki wódki. Jedną rozpiliśmy jeszcze przed prysznicem.

Osetyjczycy byli swą niepodległością nieco zdumieni i nie traktowali jej zbyt poważnie. Szczytem marzeń było przyłączenie się do Osetii Północnej, czytaj Rosji, bo to dawało paszport i szansę wyrwania się z tej zapomnianej przez Boga - choć nie przez Rosjan - dziury. Rozpad Związku Sowieckiego stworzył kilka takich "wolnocłowych enklaw" żyjących niemal oficjalnie z przemytu, handlu bronią, narkotykami i czym popadnie. Słynące z koniaku Naddniestrze, Karabach z końmi pasącymi się przed prezydencką siedzibą w Stepanakercie i suszącym się praniem rozwieszonym wzdłuż głównej ulicy, Abchazja z zaminowanymi polami bawełny, Bóg wie co jeszcze. Wszystkie te miejsca wydawały mi się już nie ponure, nie groźne, ale jakieś absurdalne, surrealistyczne. Ludzie nauczyli się z tym żyć, wydawało się, że będzie tak trwać lata całe.

Czasem jednak w nieco szwejkowski świat wkracza wielka polityka, jak teraz gdy trzeba było utrzeć Gruzinom nosa. I leje się prawdziwa krew, a groteska zmienia się w dramat. A my pozostajemy bezsilni i trochę głupio już uśmiechać się na myśl o hotelu w Cchinwali.

Robert Mazurek
Źródło: Dziennik.pl
Walentynki w
Dziennik.pl Walentynki w Dziennik.pl