Sondaże to złudny wskaźnik
Politycy są niewolnikami sondaży - to powszechne przekonanie, choć dyskutować można, czy precyzyjne. Media też lubią sondaże, ale z tego powodu, że przyciągają one uwagę. Jednak ostatnie wydarzenia - próba zbilansowania zysków i strat po sporze prezydenta i premiera o wyjazd na szczyt UE do Brukseli - pokazują, jak zawodnym narzędziem są badania opinii publicznej - pisze w DZIENNIKU Piotr Gursztyn.
- Platforma utrzymuje przewagę nad PiS
- Trzeci premier Czwartej Rzeczypospolitej
- Tusk jest gorszy od Sikorskiego
- Nie ma siły na trzecią siłę
- Rząd jeszcze nie miał tak małego poparcia
- Lechowi Kaczyńskiemu brakuje odwagi
- Kłótnia pogrąża prezydenta i premiera
- Rząd Tuska dramatycznie traci poparcie
- Nikłe szanse Kaczyńskiego w przyszłych wyborach
- Coraz więcej Polaków nie chce do urn
- Prezydent ogłasza politykę miłości
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-02-14

temp. min -20°C max. 1°C
opady:
brak
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
W tym sensie zawodnym, że nie oddają one tego, co naprawdę myślą wyborcy w momencie zmiany nastrojów społecznych.
Na pierwszy rzut oka wszystko powinno być jasne. Według badań zamówionych w związku z awanturą o szczyt rację ma premier. Poszczególne redakcje zlecające przeprowadzenie sondaży różnie sformułowały pytania, ale na większość z nich padły odpowiedzi przychylne Donaldowi Tuskowi. Tylko co z tego, kiedy wszyscy uczestnicy i komentatorzy sporu mają mocne przekonanie, że zwycięzcą tej bitwy jest Lech Kaczyński. Przyznają to nawet, i to pod nazwiskiem, politycy PO, choć mogliby się zasłonić sondażami, według których formalnie zwycięzcą jest szef rządu. Nie, politycy Platformy, tak jak np. Zbigniew Chlebowski, wolą tłumaczyć porażkę koniecznością działań zgodnych z polskim porządkiem konstytucyjnym, podając to jako przykład postępowania niepopularnego, ale słusznego.
Pytania były formułowane różnie: "Czy prezydent miał prawo lecieć do Brukseli wbrew rządowi?" (DZIENNIK, 16 października) - tu odpowiedź była jednoznaczna, że nie. "Kto ma rację? Tusk czy Kaczyński?" ("Gazeta Wyborcza", 16 października). Bez większego zaskoczenia: aż 64 proc. pytanych przyznało rację Tuskowi, Kaczyńskiemu tylko 26 proc. I wreszcie ostateczne podsumowanie, które zamówiła TVP (17 października). Premier jest zwycięzcą według 36 proc. badanych, a prezydent według ledwie 14 proc.
Było tylko jedno - zamieszczone we wszystkich gazetach - pytanie, w odpowiedzi na które ludzi jednoznacznie wsparli Kaczyńskiego. Dotyczyło oceny tego, że rząd odmówił prezydentowi samolotu. Tu wszędzie 50 - 60 proc. osób uznało to za złą decyzję, a rząd poparło jakieś 25 - 30 proc. Taki rozkład głosów nie zaskakuje, bo wiadomo, że Polacy negatywnym odruchem reagują na zakazy. Bliskie nam jest hasło, że "zabrania się zabraniać".
Dlaczego jednak, skoro większość poparła premiera, Platforma nie triumfuje? Bo wszyscy czują, że te sondaże są złudnym wskaźnikiem. Coś się dzieje w nastrojach społeczeństwa, czego w tym momencie tradycyjne metody pomiarowe nie wychwytują. A przecież badania były robione przez renomowane sondażownie, przy pomocy sprawdzonych metod. Można też założyć, że badani nie okłamywali ankieterów bardziej, niż robią to zazwyczaj.
Prawdopodobnie ludzie odpowiadali kierując się automatyzmem dotychczasowych sympatii i antypatii. Nie do końca wiedzą, co myśleć o awanturze, ale przestaje im odpowiadać dalsze bezrefleksyjne utożsamianie się z ulubionymi obozami politycznymi. Zresztą, czy jeszcze ulubionymi? Kończy się dotychczasowy podział kredytów zaufania. Politycy i komentatorzy próbują zgadnąć, co z tej zmiany może wyniknąć. Na razie trudno jednak określić, kto zyskuje, kto traci, kto zostaje w grze, a kto do niej dołączy.




































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!