Teraz wyzwanie będzie nie lada, bo rzecz dotyczy jednego z dwóch Kong - tego demokratycznego w nazwie, dawniej Zairu, dawniej Konga Belgijskiego. Ten trzeci co do wielkości kraj afrykański najpierw został ciężko doświadczony przez psychopatycznego dyktatora Mobutu Sese Seko, a od czternastu lat jest pogrążony w wojnie domowej. To oczywiście pojęcie umowne, bo właściwie od półwiecza ktoś tam ciągle kogoś morduje i powstaje przeciwko władzy. Biali, zwykle zresztą awanturnicy i najemnicy, interesują się Kongiem tylko ze względu na jego złoża miedzi, kobaltu, złota i diamentów. Ot, historia, jakich w Afryce wiele.

Czy zastanawialiście się państwo, ile to jest półtora miliona ludzi? To coś jak całe województwo warmińsko-mazurskie albo świętokrzyskie z Toruniem na dodatek. Tyle właśnie osób opuściło w ostatnich dniach swe domy w Demokratycznej Republice Konga i uciekło przed wojną. Bądźmy szczerzy - wkrótce zostaną niechybnie zdziesiątkowani przez głód i choroby, chyba że wcześniej, jak to się w tej części świata zdarza, powycinają się maczetami.

Biali się wzruszą. Za zdjęcia z rzezi ktoś dostanie World Press Photo, kogo innego nagrodzą Pulitzerem, a jeszcze ktoś inny za kilka lat zrobi o tym wstrząsający film. Potem media rzucą się na inny konflikt regionalny gdzieś w Afryce czy Azji. Wiele z nich - choć nie wszystkie - w swej genezie spowodowanych jest dawną obecnością białych, jest spuścizną po erze kolonii. Nie oznacza to, rzecz jasna, że biała Północ ma po wiek wieków czuć się wyłącznie odpowiedzialna za wszystko, co dzieje się na Południu, że ma żyć w poczuciu winy i musi zapobiec mordowaniu się Tutsi przez Hutu. Bo niby jak?

Co napisawszy, muszę się przyznać do bezradności. Nie jesteśmy w stanie temu zapobiec. To prawda. A jednak nie oznacza to, że powinniśmy stać bezczynnie, obojętnie przyglądać się temu, jak setki tysięcy ludzi zostają skazane na śmierć. Nie wiem, co należałoby zrobić. Widzę tylko, jak conradowskie jądro ciemności ogarnia nie tylko Kongo, ale i nas wszystkich.