Co innego brylować w rozmowach dyplomatycznych, a co innego brać udział w konkretnych, twardych dyskusjach na temat globalnego kryzysu. Dowcip i urok osobisty prezydenta mogą tu nie wystarczyć.

Dlatego ciekawszym chyba pytaniem jest to, dlaczego prezydent zabrnął tak daleko, niż to, dlaczego premier Tusk pozwolił mu tam zabrnąć. Po samolotowo-krzesłowym cyrku sprzed kilku tygodni Donald Tusk zrozumiał, że prezydent jest człowiekiem upartym. Miał do wyboru znów się z nim kłócić o miejsce przy unijnym stole, albo pozwolić mu jechać samemu i zobowiązać do przedstawienia stanowiska rządu. Wybrał to drugie i chyba się nie pomylił.

Dziś więc Lech Kaczyński jest w kłopocie. W Brukseli będzie musiał prezentować stanowisko rządu, z którym się wcale nie zgadza. Jeszcze tydzień temu, po Radzie Gabinetowej, prezydent zaskoczył wszystkich, mówiąc na konferencji prasowej językiem ministra Rostowskiego: że euro nie jest takie złe i że może lepiej by Polska trafiła wreszcie do koszyka europejskiego, a nie płaciła za błędy Węgrów, których forint pociągnął złotówkę w dół. Jednak nie minęło półtora dnia, jak prezydent przemówił zupełnie innym tonem. Znów z jego ust popłynęły argumenty autorstwa PiS: że przyjęcie euro trzeba odwlec, a rok 2012 to dużo za wcześnie, bo ceny podskoczą, a Polakom obniżą się zarobki. Ekonomiści rwą przy tym włosy z głowy, zastanawiając się, kto PiS-owi podpowiedział, że każdy emeryt straci na wejściu do strefy euro 280 zł. Tak czy owak, w Brukseli opinia PiS i prezydenta nie będzie miała większego znaczenia. Obowiązuje stanowisko rządu.

Donald Tusk liczy zapewne na to, że Lech Kaczyński nareszcie się sparzy i straci ochotę na częste wypady do Brukseli. Roboczy lunch przywódców Unii to nie są godziny kuluarowych negocjacji. To szybkie spotkanie, na którym trzeba na bieżąco reagować na propozycje partnerów, czuwać, by nie naruszały naszych interesów i błyskawicznie formułować własne. Do tego potrzeba dużej wiedzy ekonomicznej. Pozostaje więc mieć nadzieję, że Lech Kaczyński codziennie pobiera lekcje ekonomii. Pytanie u kogo. Wiadomo, że po raz pierwszy prezydent Polski, 40-milionowego kraju w pępku Europy, nie ma swojego ekonomicznego doradcy. Pozostaje przyjąć, że tę rolę odgrywa jego brat i ich liczne telefoniczne konsultacje. Tylko tak da się wytłumaczyć wolty, jakie wykonuje prezydent, zmieniając zdanie w kluczowych sprawach w ciągu kilkunastu godzin.

Problemem pozostaje więc, jak Lech Kaczyński wytłumaczy się swojemu bratu z tego, że de facto reprezentuje w Brukseli stanowisko Platformy Obywatelskiej, a nie PiS. A jeszcze ciekawiej będzie obserwować, jak PiS skrytykuje mapę drogową przygotowaną przez Tuska, nie krytykując jednocześnie prezydenta, który ją przedstawił unijnym partnerom. PiS zapewne będzie chciał nas przekonać, że wyjazd prezydenta i nieobecność premiera to ich sukces. Pewnie usłyszymy, że Donald Tusk się wystraszył, albo że odnalazł wreszcie swoje miejsce w szeregu. Tymczasem prawdziwym zwycięzcą okaże się raczej nieobecny Tusk. Postawić prezydenta w sytuacji, w której musi się podpisać pod propozycjami PO - to zaiste wyrafinowana tortura. Trzymajmy kciuki, żeby jeszcze prezydent Francji nie zapytał przy okazji: "Lechu, a co z twoim podpisem pod traktatem lizbońskim?".