Od razu wyjaśniam: to izraelski kawał. Przypomniał mi się właśnie teraz, gdy prezydent Kaczyński szykuje się do udziału w kolejnym brukselskim szczycie. Przed wyjazdem czyta instrukcję rządu Tuska (które otoczenie prezydenta, aby go nie urazić, nazywa stanowiskiem) i rozmawia z ministrem finansów Rostowskim, bo dyskusja będzie dotyczyć głównie ekonomii. Czy ktoś powie mu, żeby głównie się uśmiechał i kiwał głową? Jego wystąpienie ma trwać najwyżej kilka minut. Mimo to instrukcja rządu ma aż cztery strony.

Ten szczyt niesie ze sobą dla prezydenta dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra jest taka, że jeśli Trybunał Konstytucyjny nie stanie mu na drodze, Lech Kaczyński będzie już pewnie jeździć na podobne spotkania, kiedy zechce. Z premierem lub bez premiera. Jeśli założyć, że znacząca większość Polaków ogląda politykę jako nieme kino, prezydent będzie się jawił jako architekt polityki zagranicznej. Nawet jeśli przyjdzie mu tylko kiwać głową i się uśmiechać.

Zła wieść jest dziś trudniejsza do opisania, ale realna. Nawet jeśli prezydent będzie tego unikał, od czasu do czasu będzie zmuszony prezentować stanowisko rządowe. Do tej instrukcji ekipa Tuska wpisała pogłębianie integracji europejskiej poprzez traktat lizboński. To nie do końca zgodne z przekonaniami prezydenta (nawet jeśli sam traktat wynegocjował), a tym bardziej z politycznym interesem jego zaplecza, czyli PiS. No powiedzmy, że tym razem prezydentowi się uda: pominie ten temat, zwłaszcza że jest on na tym szczycie marginalny. Ale w przyszłości może się nie udać. A nawet jak się uda, znajdą się tacy, którzy przypiszą głowie państwa całokształt międzynarodowej linii Tuska i Sikorskiego. Ile władzy, tyle odpowiedzialności.

Zwłaszcza że takie konferencje dają niewielkie pole manewru solistom. Oczywiście cała nadzieja w tym, że rzecz sprowadzi się do kiwania głową i uśmiechów - to lwia część dyplomacji, i za czasów Goldy Meir, i teraz. Ale kiwanie głową też może zostać wywleczone przed najbliższymi wyborami, zwłaszcza europejskimi, jako współudział. Przez - przypuśćmy - eurosceptycznych konkurentów PiS, co specjalnie groźne nie jest. Albo przez samego Tuska, który powie: ależ Lechu, przez ostatnie dwa lata się z nami zgadzałeś.

Oczywiście pola manewru dla zręcznego i upartego zawodnika trochę pozostanie, a Kaczyński dowiódł w ostatnim czasie co najmniej uporu (czy i zręczności, to dopiero zobaczymy). No i polityka to w dużej mierze jednak nieme kino. Nic też dziwnego, że Tusk zapewne zamartwia się teraz po nocach tym taktycznym sukcesem rywala. Pewnie spróbuje to sobie odbić wojnami z prezydentem po szczycie - o to, czy powiedział wszystko, co mu rząd wpisał do instrukcji. Takie wojny będą wybitnie szkodliwe dla państwa. A czy skuteczne? Prezydent będzie pewnie odpowiadał: zabrakło czasu. Albo: nie dobiegłem na salę. A Tuskowi pozostaje jeszcze jedna pociecha. Stała obecność Kaczyńskiego w delegacjach na szczyty oznacza, że długo nie pojedzie do Brukseli Radosław Sikorski. Też rywal premiera, chociaż na razie czysto potencjalny.