Okoliczności zewnętrzne też są za nim. Ma lepszą koniunkturę w gospodarce niż większość poprzedników, nastroje społeczne są dobre, bezrobocie niskie, do Polski płynie strumień pieniędzy z Unii, a media Platformę traktują z sympatią.

Nigdy premierem nie był polityk, któremu splot okoliczności dawałby tak wielkie możliwości. Jednak na pytanie, czy Donald Tusk jest dobrym premierem, trudno odpowiedzieć twierdząco. Nie jest dobrym, bo swój potencjał ewidentnie marnotrawi. Po raz pierwszy widzę premiera, o którym mogę powiedzieć z całym przekonaniem, że potrafiłby rządzić o niebo lepiej. A jednak tego nie robi.

Świetny początek

Rok temu nic tego nie zapowiadało, Tusk władzę przejmował dojrzale i przebiegle. Wiedział, że jego pierwszym zadaniem jest uspokojenie nastrojów po rządach PiS, ogłosił więc politykę miłości i zgasił wszelkie konflikty. Odrzucił radę, aby przeprowadzić depisyzację, zachował szefa CBA, podtrzymał swój krytyczny stosunek do elit III RP, sprawił, by żaden z dawnych mandarynów nie pojawił się w orbicie nowej władzy. Bez wahań na koalicjanta wybrał PSL, a nie SLD, co mu suflował ze złą wolą PiS i z całą szczerością lewicowe media.

Potem odrzucił próby wepchnięcia PO w liberalną krucjatę przeciw Kościołowi. Krytycy zarzucili mu miękkość i brak poglądów, ale to była chłodno wykalkulowana metoda polityczna. Tusk nie chciał dać sobie narzucić ograniczających go tożsamości, nie chciał uczynić Platformy wyrazistym celem ataków. Wszystkie tożsamości tak zręcznie rozmył, że po roku opozycja nie jest w stanie sformułować czytelnej linii krytyki, a co za tym idzie zmobilizować przeciw rządowi silniejszych emocji. Po roku rządzenia opozycja jest gruntownie spacyfikowana.

Nie tylko opozycja. Tusk nie zabiega także o sojuszników. Nie pozwala nikomu wspiąć się po swoich plecach. Nie ma dziś żadnego środowiska - w mediach, w elitach, w biznesie - które dostałoby premierowskie wsparcie. Tusk nie pozwala nikomu wypłynąć, nie zawiera sojuszy, nie uznaje alternatywnych ośrodków wpływu. Dzięki temu jest suwerenny, nikt mu niczego nie dyktuje - ani własna partia, ani media, ani autorytety, ani Kościół, ani związki. Każdy polski premier mógł tylko marzyć o takiej sytuacji.

Tusk ją ma. Ale z niej nie korzysta. To pierwszy premier, który zmaga się nie z ograniczeniami zewnętrznymi, ale wewnętrznymi. Zbudował sobie silną pozycję polityczną ze sprawnością wcześniej niespotykaną, by chwilę potem ujawnić dziwną blokadę na poziomie własnego charakteru, która uniemożliwia mu korzystanie ze zgromadzonej siły.

Kompleks słabości

Jakby to paradoksalnie nie brzmiało: Tusk zawsze czuje się słaby. O ile poprzedni premierzy mieli skłonność do przeceniania swoich sił, Tusk cierpi na zasadniczą niepewność. Ma pozycję hegemona, ale sam ocenia swoje siły znacznie skromniej. I używa ich na miarę swoich wyobrażeń, z taką ostrożnością, jakby był dawnym Tuskiem, dopiero walczącym, by zaistnieć w polskiej polityce. Choć rozgromił wszystko i wszystkich dokoła, nie ma odwagi podejmować śmielszych decyzji, przecenia moc przeciwników, w razie porażki szybko się wycofuje, nie ponawia ataku, silnie przeżywa każdą prasową krytykę, popada po nich w depresję, z której ucieka w pozór polityki, czyli w PR.

Tusk jest twardy, kiedy się czuje zagoniony w róg, gdy prowadzi kampanię, gdy po porażce wyborczej w 2005 roku broni się przed dobiciem we własnej partii. Czas spokoju natomiast ewidentnie go demobilizuje. Działa wtedy poniżej swoich możliwości. Jest hamletyczny, pasywny, spięty.

Osobliwością Tuska jest coś, co w polityce nie zdarza się często. Otóż nie jest on człowiekiem żądnym władzy. To rzadki przypadek polityka, który nigdy nie chciał i nadal nie chce rządzić. On nie chce wymuszać na rzeczywistości swojej woli. On chciał być prezydentem, być lubiany, szanowany, wolny od stresu codziennej pracy i ryzyka błędnych decyzji. Realna władza go nie bawi, jest zbyt sceptyczny, aby snuć marzenia o wielkich sukcesach, zbyt realistyczny, aby nie dostrzec, że wszyscy poprzednicy ponieśli porażkę. Został premierem tylko dlatego, że w przeciwnym razie prezydentura 2010 mogła się dostać w ręce innego. Tusk władzę wziął, ale ze szczególnym nastawieniem. Jego celem nie jest sukces, ale brak klęski. Maksymą jego rządu nie jest wygrać, ale nie przegrać. Bez względu na to, jak wielką siłę zgromadzi Tusk, użyje jej nie do rządzenia, ale do osłabiania i tak już słabych rywali. Bo Tusk nie chce być wielki, jemu wystarczy, że nikt go nie przerasta. To jest natura defensywna, to sportowiec, który biegnąc, nie patrzy do przodu, ale w tył. Jeśli ma wystarczającą przewagę, to zwalnia, gdyby biegnący z tyłu stanęli, on zrobiłby to samo.

Nagła polityczna konwersja

Początek kadencji nastrajał optymizmem. Tusk znalazł świetny pomysł polityczny pasujący zarówno do jego poglądów, jak i temperamentu. Postanowił przerzucić energię polityczną z celów symbolicznych na materialne. Ogłosił politykę celów małych, ale konkretnych, które widzimy w życiu codziennym. „Druga Irlandia” była odwołaniem się do zupełnie nowych motywacji, do głodu materialnego sukcesu, do marzeń egoistycznych, ale za to najsilniejszych i najtrwalszych.

Tusk był pierwszym solidarnościowym politykiem, który odarł politykę z patosu wielkich celów, świętych wojen i cywilizacyjnych misji. Pierwszym, który zrozumiał, że możliwości premiera nie są wielkie, że nie powinien budować zbyt wielkich projektów. To był zarazem kompromis między trzema najważniejszymi parametrami politycznej tożsamości Tuska - do dziś żywymi liberalnymi poglądami, defensywnym temperamentem oraz koncepcją Platformy jako formacji rozmywającej ideowe podziały.

Z takich kompromisów zazwyczaj rodzą się pokraczne syntezy, tym razem stało się inaczej. Powstał bardzo wartościowy projekt polityczny. Nie ukrywam, że osobiście na taki projekt czekałem od ponad dekady. Na koncepcję polityki skromnej, ściągającej cele polityczne z ideologicznych chmur na ziemię, oraz wolnej od tego infantylnego rozmachu, który każe w pierwszym miesiącu rządów zaczynać wielkie zmiany, aby pół roku potem przekonywać się, że ambicje przerosły możliwości.

Idąc do władzy, Tusk stworzył pierwszy w polskiej polityce rozsądny program modernizacyjny. Realistyczny i sympatyczny.

Ale chwilę potem Tusk go zarzucił. Niepewny swoich talentów jako premiera uciekł w rolę, którą znał lepiej. W rolę oponenta Lecha Kaczyńskiego. Wybrał niemądrą szarpaninę, obsesyjną wojnę i w tym konflikcie się całkowicie zatracił. Zredukował się do niego, dostosował do niego wszystkie swoje polityczne siły i cele. Doprowadził do tego, że to Lech Kaczyński definiuje dziś i profil, i format premiera Tuska.

Premier, który potrafił wyprowadzić swoją partię z wojny z PiS, który zimno skalkulował, że zemsta mu się nie opłaca, okazał się niezdolny do abstrahowania od obecności Lecha Kaczyńskiego. I znalazł ostateczny sens swojej polityki w rywalizacji z politykiem, który ma nad nim tylko jedną przewagę - kiedyś z nim wygrał. Premier zrezygnował z realnego rządzenia, bo okazało się, że tylko w sporach z prezydentem potrafi odnaleźć osobistą satysfakcję.

Spór z Kaczyńskim

Komentatorzy tłumaczą, że Tusk prowadzi kampanię prezydencką, że stara się osłabić przyszłego rywala. Jednak w tym wyjaśnieniu nie ma zbyt wiele sensu. Jedynym efektem tych zachowań jest przecież wzmacnianie prezydenta. Rok temu był on w polityce jedynie statystą, wychylającym się czasem zza pleców ważniejszych polityków - swojego brata, Dorna, Ziobry, Leppera czy Giertycha. Dziś natomiast, dzięki „kampanii” Tuska, Lech Kaczyński jest postacią numer dwa.

Owa niekończąca się przepychanka z prezydentem nie jest strategią polityczną, nie jest racjonalnym wyborem premiera, ale jego niekontrolowanym odruchem. Słabością polityka, który nie potrafi zapanować nad niepotrzebnymi emocjami. I porzuca władzę na rzecz rewanżu za dawną porażkę.

To jest także rezultat braku wiary we własne siły. Pokonanie PiS nadal wyznacza premierowi horyzont jego politycznych marzeń. Tusk zachowuje się, jakby nie wierzył w to, że jego talenty świecą wystarczająco czysto. Nieustannie potrzebuje tła Kaczyńskich, aby pewnie się poczuć. Ma jakiś kompleks Kaczyńskich, nie potrafi się od nich wyzwolić. Choć pokonał Jarosława w cuglach, choć wygraną z Lechem miał do niedawna w kieszeni, zamiast odważnie biec do przodu, nieustannie zawraca, aby któregoś z bliźniaków dobić.

Premier się skarży, że oni sami go prowokują. Często tak bywa, ale w ich przypadku jest to racjonalne. Oni są słabi, spór z Tuskiem podnosi ich znaczenie. Ale po co ten spór Tuskowi? Po co zawraca, aby odtańczyć kolejny taniec zwycięstwa na grobie pokonanego wroga? Po co sprowadza cały swój sukces do rytuału wiecznego pokonywania bliźniaków?

Rok temu Tusk chciał polityki samoograniczającej się w swoich ambicjach, jednak swojej, platformerskiej, modernizacyjnej. Ale po drodze zmienił sztandary, strywializował swoje cele. Wykazanie swojej wyższości nad PiS okazało się szczytem jego politycznych marzeń.

Ludzie Tuska

Problemem premiera jest nie tylko jego deficyt ambicji, ale brak w jego otoczeniu ludzi, którzy by w nim te ambicje budzili. W ogólności otoczenie premiera jest jego największą słabością, ono mu nie pomaga, ale ewidentnie ciągnie go w dół. Jednak dzieje się tak z woli samego Tuska, to on uznał, że nie potrzebuje pomagających mu rządzić polityków, ale zdejmujących z niego stres dworzan.

Krytycy rządu nieustannie podnoszą, że Platforma jest zarządzana przez specjalistów od komunikacji, którzy sztukę manipulacji podnieśli na wirtuozowski poziom. Jest to jednak mit, jedyny skuteczny mit zbudowany przez tychże PR-owców. W istocie są to ludzie o talentach ograniczonych, jedyne co potrafią, to gasić bieżące pożary, natomiast ich sukcesy w budowie wizerunku Donalda Wielkiego są żadne. Cały PR służy celom niepolitycznym - dobremu samopoczuciu premiera i jego otoczenia. Jest nastawiony na sztuczne pompowanie bieżącego poparcia, na wysiłek, który nie pozostawi trwałych efektów. Co gorsza, ten PR cofnął Tuska na dawno już zdobyte pozycje obrońcy Polski przed Kaczyńskimi. Raz wygrawszy z Kaczyńskimi, jedyne co potrafią zrobić sztabowcy Tuska, to reanimować bliźniaków, aby jeszcze raz stoczyć z nimi bój.

Problem PR-u w rządzie polega więc nie na tym, że jest tak intensywny, ale że jest żałośnie mało ambitny. Nic dziwnego, szczytem marzeń dworu premiera Tuska jest stać się dworem prezydenta Tuska. Premier, który nie lubi rządzić, zamiast otoczyć się ludźmi, którzy będą rządzić za niego, wziął takich, którzy jeszcze bardziej od niego władzy się boją. Bo są specami od reklamy, aparatem wyborczym, sztabem, która zna się na robieniu kampanii, a nie na rządzeniu państwem.

I wreszcie sprawa najbardziej zasadnicza. Tusk zachowuje się jak despota, który zdobywszy władzę w pałacowym zamachu, teraz całą energię skupia na wypatrywaniu potencjalnych konkurentów. Cały jego rząd ułożony jest wedle jednego klucza - żeby nikt nie wyrósł ponad szefa. Sensownych ministrów jest trzech: Sikorski, Rostowski i Schetyna, a i ci często mają skrępowane ręce.

Taki rząd nie ma prawa dobrze rządzić. Jeśli głównym celem premiera będzie blokowanie kariery współpracownikom, jeśli nie odważy się wziąć do rządu postaci silnych i ambitnych, którzy pracują na swoje nazwiska i swoje kariery, rządy Platformy zakończą się klapą.

Po roku rządzenia najważniejsze jest pytanie: czy Tusk potrafi obudzić w sobie energię, jaką miał rok temu? Powtórzę raz jeszcze: ma wszelkie potrzebne po temu talenty. Poza wiarą w siebie.