Dostrzegamy jego wyjątkowo szybką drogę awansów, której kulminacją jest uzyskanie w 1968 roku stanowiska ministra obrony narodowej. Został szefem MON po latach kierowania Głównym Zarządem Politycznym LWP, gdzie między innymi starannie zbierał kwity na oficerów o niearyjskim pochodzeniu. Podobne komórki działały w MSW. Były potrzebne do rozpętania antysemickiej nagonki w wojsku w 1967 roku i wyrzucenia zwierzchnika, marszałka Mariana Spychalskiego. Generał doszedł do władzy na fali czystek rasistowskich jako sprawdzony towarzysz. Potem było już tylko gorzej: dowodzenie armią w czasie inwazji na Czechosłowację, zgoda na udział LWP w strzelaniu do cywili w grudniu 1970 roku i wyprowadzenie wojska na ulice w 1981 roku. Już od jesieni tamtego roku krążyły po miastach wzmocnione patrole służące zastraszeniu obywateli. W grudniu ludzie Jaruzelskiego przejęli pełnię władzy.

Język nowej Polski

Pozostaje kwestia roku 1989. W pełni zgadzam się z opinią Antoniego Dudka - generał nie tyle chciał oddać pokojowo władzę, ile udzielić nieco uprawnień opozycji i podzielić się z nią odpowiedzialnością (czytaj: obciążyć kosztami społecznymi) za reformy gospodarcze. Miała nastąpić koncesjonowana, kontrolowana "refolucja" nazywana również wtedy ottomanizacją Imperium. Dodać warto, że to jego rządy w ciągu poprzednich dziesięciu lat doprowadziły Polskę do ruiny i osłabiły jej pozycję w międzynarodowej wymianie gospodarczej. Nie uczynił niczego - mimo kontroli nad wszystkimi narzędziami władzy - by nieco tylko unowocześnić zarządzanie państwem i zracjonalizować gospodarkę.

Nie dostrzegam w nim ani w jego kolegach generałach niczego, co mogłoby wskazywać na jakieś ich zasługi w demokratyzacji Polski. Teza, że gdyby nie Okrągły Stół znaleźlibyśmy się w gorszej sytuacji, wydaje mi się nieco gołosłowna. Oczywiście byliśmy pierwsi wśród innych krajów wychodzących z realnego socjalizmu - tego rozwiązania nikt przed nami nie przerabiał, ale dodać warto, że poza Rumunią transformacja dokonała się pokojowo i szybko. Prezydentem wolnej Czechosłowacji został kilkanaście tygodni po upadku komunizmu Václav Havel. Podobnie tempo zmian na Węgrzech i w Niemczech Wschodnich było szybsze niż u nas. Dysponowaliśmy liczną grupą doświadczonych opozycyjnych polityków, którzy mogli dość sprawnie przejąć w całości (i w końcu po latach przejęli) władzę po nomenklaturze. Nie było powodu, by twierdzić, że jakaś forma wojny domowej czy stanu wojennego mogła się zdarzyć w roku 1989, a tym bardziej w 1990 roku. Opór i strach dawnego aparatu był oczywiście duży, ale to oni mieli lepszą niż przeciętny obywatel świadomość tego, że nie można dalej kierować państwem i gospodarką tak, jak robił to Jaruzelski. Groziło nam po prostu bankructwo. Tym bardziej że z pewnością w roku 1989 nie mógł już Jaruzelski liczyć na jakiekolwiek sowieckie wsparcie. Rok wcześniej Gorbaczow w Warszawie na Zamku Królewskim oświadczył, że doktryna Breżniewa jest już martwa. Nieznana była u nas na razie chińska droga wychodzenia z komunistycznej ortodoksji. Byliśmy pozytywnie skazani na demokrację i drogę tę wybieraliśmy z oporami.

Wielu polityków w roku 1989 nie chciało uczestniczyć ani w układach ze "stroną rządową", ani w fikcyjnych wyborach. Jan Olszewski mówił o nich, że mogłyby być dobre dla afrykańskiego bantustanu. Tadeusz Mazowiecki czy Aleksander Hall również woleli pozostać poza okrojonym i fikcyjnym parlamentem. Sporo działaczy "Solidarności" wyrażało zaniepokojenie sposobami reaktywacji związku bez uwzględnienia ciągłości instytucjonalnej od wyborów z jesieni 1981 roku. Okrągły Stół i stworzony ku jego wsparciu komitet obywatelski z Bronisławem Geremkiem na czele boleśnie podzielił opozycję, ponieważ liderzy zgodzili się na to, by do ekipy negocjującej trafiły tylko osoby "rozsądne" wedle kryterium rozsądku Urbana czy Cioska. A rozsądnym jawił się ten, kto ograniczał się do polityki stopniowych ustępstw, rozważał, jak pogodzić siły reżimowe z opozycją, jak zagwarantować wpływy dawnej nomenklaturze, jak ewolucyjnie przebudowywać system partyjny i jakie wdrażać ustawy reformujące gospodarkę. Zarówno opozycja, jak i strona komunistyczna musiały zmienić swoje sposoby przedstawiania rzeczywistości. Ta pierwsza musiała zrezygnować z języka moralistycznego oskarżania systemu jako nieludzkiego, niesprawiedliwego, totalitarnego, a z kolei ówczesna władza rezygnowała z nazywania opozycji "agenturą", "wrogami", "siłami destrukcji". Powstawało nowe centrum polityczne, a jego obecność potwierdzał właściwy język polityczny nieco zbyt często szermujący określeniami typu pojednanie, demokracja, kompromis, tolerancja, pluralizm, indywidualizm itd. Ten typ języka był nad wyraz mocno eksploatowany - aż do granic śmieszności - w 1989 roku, gdy demokracja miała się okazać panaceum na inflację, nienawiści polityczne, zmiany w polskim radiu i likwidację kolejek. W początkach 1989 roku powstał język imitujący słownik liberalny i ten język godził dwie dotąd zwaśnione strony. Miał być podstawą retoryki nowego odradzającego się państwa. Za takim miękkim quasi-liberalizmem opowiada się po dziś dzień "Gazeta Wyborcza", "Polityka", "Przegląd" czy "Przekrój". Opowiada się SLD, dawna Unia Wolności zwana demokratami.pl, jak i kilku głośnych publicystów.

Prawicowa kontrofensywa

W tej sytuacji zwycięski quasi-liberalny język stał się od połowy lat 90. celem krytyki ze strony szeroko pojętej prawicy, która w takim pragmatyczno-jurydycznym myśleniu widziała tylko sposób na skrywanie realnych problemów, na ucieczkę przed ocenami i myśleniem o przeszłości. Zależnie od swego temperamentu krytycy tej liberalnej retoryki raz mocniej, raz łagodniej kwestionowali ów - ich zdaniem - pozorny duch wolnościowy. Z kolei obrońcy języka legitymizującego zmiany stopniowe i rzekomo uprawomocnione mieli się za ambasadorów zachodniej liberalnej kultury politycznej, zachowując poczucie wyższości wobec prawicowych moralistów. Czuli się i pewnie nadal czują autorami jakby żywcem wyjętymi z przedwojennych "Wiadomości Literackich". Wierzą, jak dawniej, że prawica jest jedna i że nie ma szczególnych różnic między formacją radiomaryjną a projektem ideowym Porozumienia Centrum. Potrzebny jest im bowiem przeciwnik uzasadniający własne przekonania.

Ten quasi-liberalizm dysponował przede wszystkim rozbudowanymi narzędziami krytyki przeciwnika(ów), zwracając się przeciw paternalizmowi, moralizmowi, dogmatyzmowi i ideologicznym schematom. Moralizm zaczął uchodzić za rodzaj nietolerancji, za dogmatyzm, wręcz za formę zaprzeczenia demokracji. Oznaczał podobno porzucenie idei państwa neutralnego światopoglądowo - szczególnie wtedy, gdy miał orzekać w takich kwestiach etycznych jak właśnie dekomunizacja czy zmiana nazw ulic. Moralizmem pachniała zarówno wzmianka o lustracji, jak i krytyka rzekomych rządów prawa opartych na prawach z czasów PRL. Najdobitniej i niezwykle rzetelnie takie stanowisko wyraził Andrzej Walicki, który każdą uwagę na temat rozliczeń i pracy nad pamięcią uznaje za rodzaj barbarzyńskiego zamachu na prawa człowieka. W ciągu kilku lat doszło do polaryzacji języków, czego ofiarą stała się sama idea centrum, liberalny zestaw idei i cnót.

Prawicowa krytyka mowy pojednania, wybaczania, pluralizmu co rusz przywoływała zarzut relatywizmu. Na obronę stanowiska antyrelatywistycznego łatwo było znaleźć argumenty w tradycji katolickiej z jej zasadą ograniczonego pluralizmu oraz nieufnością do postaw sceptycznych i tolerancyjnych. Kościół łatwo dał się wciągnąć do gier językowych i politycznych konfliktów. Kler stał się stroną jawnie wspierającą wszystko, co w polskich kontekstach uchodzi za prawicowe. Krytyka i lekceważenie pojęcia oraz tradycji liberalizmu rozlała się na wiele innych pól. Pierwszymi ofiarami stały się wartości i cnoty, które bynajmniej nie po to zaistniały, by bronić postkomuny. Najcięższe i całkiem absurdalne zarzuty wytaczano przede wszystkim przeciw idei tolerancji (Ryszard Legutko, Zdzisław Krasnodębski), pluralizmu, kompromisu. To co powinno uchodzić za oznakę siły, duchowej wspaniałomyślności - akceptować i współżyć z poglądami i postawami sobie odległymi - okazywało się znakiem konformizmu czy uległości wobec osób i postaw nieetycznych.

Z kolei strona antyprawicowa jakby lubiła te ataki na siebie, bo dzięki nim mogła wszystkich swoich różnorakich krytyków sprowadzić do jednego mianownika i - jak to czynili na przykład Sergiusz Kowalski, Marek Beylin czy Ewa Milewicz - dokonywać "redukcji ad Giertychum". Zabieg tyleż wredny, co głupi. W ten sposób wygrał bowiem manichejski sposób ujmowania spraw pozbawiony nie tylko rozsądku, ale przede wszystkim zmysłu dystynkcji. Podkreślam: chodzi o mowę, retorykę, a nie o istotne zachowania. Wszak w ustach czy pismach rzekomych "liberałów" od naczelnego "Gazety" przez Beylina po Najsztuba i Żakowskiego znajdują się całkiem spore dawki nienawiści, pomówień i czarno-białego myślenia, które słusznie uchodzą za jawne przeciwieństwo postaw sceptyczno-liberalnych. W tym sensie prawica była z pewnością nieco bardziej wolna od hipokryzji.

Konflikt bez wyjścia

Pierwszą ofiarą tego liberalno-prawicowego spięcia byli dawni liberałowie - ci sprzed 1989 roku. Uciekali oni w formułę nijakości i miałkości ideowej, jak dawni twórcy Kongresu Liberalno-Demokratycznego, albo chętnie przyjmowali prawicowy wokabularz. Część, jak Andrzej Walicki, uznała, że liberalizm należy związać z odchodzącą elitą pezetpeerowską, która rzekomo miała od 1956 roku krok po kroku wywalczyć Polsce demokrację.

Spór o Okrągły Stół jest więc sporem o język, a tym samym o podstawowe systemy etyczno-ideowe. Obrońcy Okrągłego Stołu i rzekomo heroicznej czy tragicznej postaci Jaruzelskiego bronią nie tyle jego samego, co swojego słownika. Klasycznym przykładem niepozbawionym politycznego znaczenia była awantura medialna o IV Rzeczpospolitą. Ten nowy symbol oznaczał potrzebę zmiany nie tyle ustroju, ile stylu politykowania, kultury politycznej, przywrócenia pewnej energii reformatorskiej z początków lat 90. Jednak rzymska cyfra IV wywołała takie przerażenie, że nikt z krytyków nie wyszedł poza gest oburzenia. Lęk, zaniepokojenie, wręcz nienawiść wywołały nie tyle postulaty ideowe, ile sama symbolika kolejnej zmiany.

Spór o właściwy język legitymizujący transformację wyznaczył oś sporów wewnątrz nowej i dość złożonej klasy obejmującej łącznie publicystów, dziennikarzy, szefów gazet czy stacji telewizyjnych oraz polityków i wyższych urzędników państwowych. Był to i jest konflikt o najwyższym emocjonalnym napięciu. Spór bardzo głęboki, bo obejmujący swoim zakresem sprawy ważne: od definicji narodu po koncepcję prawa. Dzieli przyjaciół i dawnych współpracowników z opozycji. A zarazem jest to spór, który - i taka jest moja diagnoza - pozostaje całkowicie nietrafny, jakby był wynikiem zafałszowania. Wynikł z czegoś, co nie musiało się stać. Wynikł z tego, że liderzy komitetu obywatelskiego z roku 1988 uznali i oczekiwali od innych uznania sojuszu z tak zwanymi partyjnymi reformatorami za warunek wyjścia z komunizmu. Uznali prawo, ale i cywilizacyjną niezbędność zachowania zmutowanej partii komunistycznej w procesie modernizacji Polski. Jaruzelski - mimo swej biografii peerelowskiej - miał być tego sojuszu gwarantem i wyrazicielem. Stosunek do Okrągłego Stołu i polityków tam obecnych stał się miarą uczciwości, liberalnej otwartości i realizmu dla jednych, a dla innych dowodem zdrady albo braku roztropności i odwagi.

Obywatele, którzy uznali zobowiązania Okrągłego Stołu za trwałe, wpakowali nas zatem w trwały konflikt retoryczny. Konflikt niezwykle poważny i nie do rozwiązania. Po 20 latach nadal dzieli nas on i wyrządza krzywdę. Choć warto na koniec dodać, że szeroko rozumiane kwestie dekomunizacyjne po 2005 roku angażują coraz mniej energii. Dlatego też spór o proces Jaruzelskiego bywa krzykliwy, ale jest już pozbawiony dawnej żarliwości. Obie strony konfliktu znają wzajemnie swoje argumenty. I nie mają już sobie nic szczególnie nowego do powiedzenia. Rytualnie na siebie powarkują i rozchodzą się ciężko obrażone - na wszelki wypadek.

*Paweł Śpiewak, ur. 1951, socjolog, historyk idei, publicysta. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. W poprzedniej kadencji był posłem z ramienia PO. Współzałożyciel pism "Res Publica Nowa" i "Przegląd Polityczny". Wydał m.in. "Ideologie i obywatele" (1991), "W stronę wspólnego dobra" (1998), "Obietnice demokracji" (2004) oraz "Pamięć po komunizmie" (2005).