To dowód na to, że Stany Zjednoczone nadal pozostają centrum globalizacji. Nie centrum świata, ale duszą pewnej społeczności, z którą jesteśmy związani na dobre i na złe. Ostatnio przyglądaliśmy się wypadkom w USA bardzo uważnie. I jak nigdy dotąd drżeliśmy o wynik wyborów.

Triumf Obamy został uznany za "historyczny" przez jego przeciwników - McCaina, Busha, Condoleezzę Rice. Ci ludzie ze łzami prawdziwego wzruszenia stwierdzili, że to zwycięstwo całych Stanów Zjednoczonych. Dalszy ciąg walki z niewolnictwem i walki o prawa obywatelskie. Zwycięstwo Obamy to nie zwycięstwo społeczności czarnych, wręcz przeciwnie - to uniwersalistyczna transgresja, powszechna emancypacja. Dzięki niej biali, duzi i mali, biali protestanci wyznania protestanckiego i Południowcy mogą się uwolnić od swoich niepokojów, egoizmów i tradycyjnych przesądów, a Afroamerykanie mogą wyjść z zamknięcia i porzucić żądzę zemsty - tak wspaniale odmalowaną w filmach Spike’a Lee. "Amerykańskie marzenie" nigdy się w pełni nie ziściło i polega na nieustannym podejmowaniu ryzyka.

Od samego początku wytwarza ono społeczeństwo imigrantów, kraj przesiedleńców i ludzi wykorzenionych, którzy swoją ojczyznę widzą w przyszłości i którzy powoli budują społeczeństwo oparte na krzyżowaniu się wszystkich ze wszystkimi - społeczeństwo, w którym mężczyźni i kobiety, czarni, biali, Metysi, ciemni i jaśniejsi, nowo przybyli i od dawna zasiedziali, wyznający rozmaite religie i obdarzeni nieskończenie różnymi gustami widzą dla siebie przyszłość. Ich patriotyzmy są równe - tak w prawach, jak i w obowiązkach. Tego rodzaju rozłożone w czasie unicestwienie najbardziej intymnych, bolesnych i - jak się wydawało - niezniszczalnych tabu przemawia do świata: jeśli im się udało, to czemu nie nam? W kraju, w którym jeszcze pięć pokoleń temu panowało niewolnictwo, jeszcze 30 lat temu segregacja rasowa, a za naszych czasów wciąż istnieją uderzające nierówności społeczno-etniczne, "Murzyn w Białym Domu" jest czymś szokującym. Dzięki niemu ludzie na całej planecie mogą dostrzec jakieś wyjście z sytuacji. To właśnie wyraża nasze świadome poparcie. Teraz pozostaje już tylko zbadać nasze ślepe i nabożne oddanie.

Amerykański wyborca zafundował sobie uroczystą, polityczną "obamomanię" - z rozsądną większością wynoszącą 53 procent. Europejski widz na długo przed ogłoszeniem wyników kultywował "obamomanię" jednogłośną, w duchu północnokoreańskim, niemal religijną, z 84-procentowym poparciem. Ten zachwyt osiąga nieraz 93 procent! To jakby objawił się Mesjasz - ale nie w Waszyngtonie, tylko gdzieś między Paryżem a Rzymem, Berlinem a Brukselą, jakby rozpościerał swe pojednawcze skrzydło nad całą planetą. My, Europejczycy, z radością wymazaliśmy wszystkie chropowatości kandydata. Obama popiera karę śmierci, z której zniesienia my jesteśmy tak dumni. Nie zakazuje swobodnej sprzedaży broni, którą aż do wczoraj uważaliśmy za objaw amerykańskiej barbarii i kowbojskiej mentalności, do której my, ludzie wyrafinowani, czujemy odrazę. Wybrała go i finansowała Wall Street, ta pełna hańby świątynia krwiożerczej spekulacji, co najwidoczniej już przestało niepokoić nasze antyliberalne partie lewicowe. Przymykamy oczy i jesteśmy zadowoleni z tego, że nie mamy pojęcia o konkretnych projektach dotyczących zażegnania kryzysu ekonomicznego i międzynarodowego, których Obama zresztą nie zdradził.

Nasze europejskie marzenie pasuje go na Męża Opatrznościowego, po którym oczekujemy wszystkiego, choć niczego z góry nie wymagamy. Nasze urojenia sprawiają, że widzimy na fotelu prezydenta człowieka nieponoszącego odpowiedzialności za nasze historyczne winy. Lidera białego jak śnieg, tyle że opalonego, jak powiada Berlusconi intronizujący go jako alter ego Putina, sławetnego pogromcy kaukaskich "czarnodupców". Raziła nas natomiast obecność McCaina, bohatera i więźnia wietnamskiego reżimu - prawomyślne dążenie do zapomnienia natychmiast zepchnęło na margines jego ciało pokiereszowane przez tragiczny wiek XX. Zarówno prawicowa, jak lewicowa opinia publiczna w Europie z ufnością przyjmuje postmodernistyczną wizję historii i ustępuje, jakby to wyłącznie Amerykanie (a obecnie Obama) mieli teraz rządzić światem. 84 procent! Fetujemy mocarstwo, które uwalnia nas od odpowiedzialności i od obowiązku działania. To jest właśnie ten niezdrowy składnik naszej powszechnej i zgodnej radości: troskę o światowe nieszczęścia i przyszłe wyzwania oddajemy w ręce innego nieskalanego. Amerykańskie marzenie Amerykanów każe im kontynuować ciężką pracę postrasowej powszechnej emancypacji ludzkości. Bezwolne amerykańskie marzenie w Europie staje się podejrzanym strażnikiem naszych snów.

przeł. Wojciech Nowicki

*André Glucksmann, ur. 1937, jeden z najważniejszych współczesnych filozofów europejskich. W ostatnich latach głośne stały się jego książki analizujące stan ducha ludzi Zachodu w XXI wieku: "Dostojewski na Manhattanie" (wyd. pol. 2003) oraz "Ouest contre Ouest" (2003).