Czwartek rano, godzina ósma, dziewiąta, dziesiąta... Czy premier wstał już? Zjadł śniadanie? Kiedy w końcu dotrze do pracy? Stoimy pod kancelarią premiera, obok nas kamery największych stacji, i czekamy. Nie wiemy jeszcze, że czekamy bez sensu.

Pięć minut przed 11.00 biuro prasowe poznaje już dzisiejszy rozkład dnia szefa rządu i informuje - premiera w ogóle nie będzie. Jest już w... Paryżu.

Taka znajomość kalendarza szefa rządu to nie wyjątek - to standard. Co robi premier? Czym zajmie się jutro? Niczym w samym szczycie kampanii wyborczej - nic nie wiadomo. Nikt nie zna dnia ani godziny. I jak tu sprawdzić, ile prawdy jest w krytyce opozycji, która mówi, że premier się nie przepracowuje?

Po internetowym kalendarium wprowadzonym za Kazimierza Marcinkiewicza, które odnotowywało każdy ważniejszy ruch i ważniejsze spotkanie szefa rządu, nie ma śladu. Dziś plan zajęć premiera (nie licząc posiedzeń rządu czy wyjazdów, ewentualnie superważnych oficjalnych spotkań) to wielka zagadka. Nie tylko nie wiadomo co już zrobił, ale nawet co ma w najbliższych planach.

W miniony piątek szukamy planu zajęć na najbliższy tydzień. Biuro prasowe kancelarii premiera nie ma zielonego pojęcia: "Prosimy o telefon w poniedziałek po południu. Wtedy będziemy już wiedzieć, co pan premier będzie robił we wtorek."

Poniedziałek: cisza i spokój

Trwa ostatni długi weekend w tym roku i premier też robi sobie wolne. Spędza go na Wybrzeżu.

Udziału w lokalnych uroczystościach niepodległościowych nie przewiduje. "Ostatni raz widziany był w miejscu publicznym w sobotę podczas rozdawania dyplomów absolwentom Akademii Medycznej" - informuje biuro prasowe Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku. (Jedną z absolwentek jest Katarzyna Kopacz, córka obecnej minister zdrowia.)

W Szczecinie kończy się wielka feta z okazji 10-lecia reformy administracyjnej. Proszono premiera, ale zaproszenia nie przyjął. Wojewodzie pozostało więc tylko odczytać list Tuska do samorządowców: "Bez waszej wyjątkowej aktywności trudno sobie wyobrazić tak dynamiczny rozwój regionów".

Poniedziałek. W biurze poselskim Tuska cisza i spokój. Piotr Leszczyński, pracownik biura, twierdzi, że oczekiwał premiera przez cały dzień. "Ale skoro nie przyszedł, to postanowiłem zamknąć biuro o 15.00" - wyjaśnia. Prawda jest jednak taka, że spotkać Tuska w biurze poselskim w Gdańsku to wyjątkowa rzadkość, więc tłumów interesantów nikt spodziewać się nie powinien. Doskonale to muszą wiedzieć związkowcy protestujący w sprawie pomostówek - za dwa dni wybiorą na akcję okupacyjną warszawskie biuro premiera.

Weekendy na Wybrzeżu to standard. Premier zwykł mawiać, że taki wyjazd jest mu potrzebny dla higieny psychicznej. Dlatego do domu premier wraca zwykle w piątki, czasem nawet wczesnym popołudniem. Ale zdarza się, że w soboty w rodzinnym Sopocie pracuje - do willi zwanej Belwederówką ściąga wtedy ze stolicy na kilka godzin najbliższych współpracowników, np. Michała Boniego, Rafała Grupińskiego, Igora Ostachowicza, czasem konstytucyjnych ministrów albo doradców w zakresie polityki historycznej.

Jest jeszcze jeden powód weekendowych wyjazdów premiera - jego rządy zbiegły się z chorobami dwóch bardzo bliskich mu kobiet: siostry i matki. W ten weekend premier zabrał matkę do domu po kilkutygodniowym pobycie w szpitalu.

Koło południa premier wraca z Sopotu do stolicy. Co robi? Czy wypoczywa? Pracuje? Z kim się spotyka? Same białe plamy. Co gorsza, wciąż nie jest jasne, co robi nazajutrz. Biuro prasowe w lekkiej konfuzji: "Wszystko się zmienia z minuty na minutę. Mieliśmy już wszystko ustalone, a tu znów posypał się kalendarz. Nie wiadomo, czego możemy się spodziewać."

To nie jest zwykły tydzień, ale gdyby był, to w poniedziałek około 20.00 rozpocząłby się tzw. komitet sterujący, czyli rutynowe, poniedziałkowe spotkanie liderów rządzących partii. PO reprezentują zawsze Tusk, Schetyna oraz szef klubu Zbigniew Chlebowski. PSL - Waldemar Pawlak i Stanisław Żelichowski. Tu ustala się wspólne stanowiska, by nazajutrz, na wtorkowym posiedzeniu Rady Ministrów, nie było żadnych niespodzianek.

Wtorek: patriotyczne pieśni z kombatantami

Pogoda zapowiada się fantastycznie, lada moment wzejdzie słońce. Dobra okazja, by przyłączyć się do codziennej, porannej (godz. 6.30) rundki joggingu wokół Łazienek wicepremiera Grzegorza Schetyny. Tyle że Tusk nie lubi rannego wstawania, zamieszania z BOR-em, gapiów, którzy - inaczej niż w Sopocie - wytrzeszczają oczy na widok biegnącego premiera. Poza tym Schetyna akurat jest we Wrocławiu, więc nie ma o czym mówić, motywacji do zerwania się skoro świt brak.

W samo południe limuzyna premiera podjeżdża na Plac Piłsudskiego. Ruszają uroczystości z okazji 90. rocznicy odzyskania niepodległości. Tusk zajmuje miejsce wśród VIP-ów. Od prezydenta dzieli go Maria Kaczyńska i marszałek Bogdan Borusewicz.

Potem wraca do Kancelarii Premiera, gdzie czeka go umówiona wcześniej telefoniczna rozmowa z premierem Norwegii. Jens Stoltenberg składa kondolencje z powodu śmierci Polaków, którzy zginęli w pożarze.

O 13.30 rozpoczyna spotkanie ze współpracownikami, m.in. ministrem Ostachowiczem, odpowiadającym za wizerunek premiera. Temat - bieżąca sytuacja w kraju, ale być może również dyskusja, jak uczcić w mediach pierwszy rok rządów.

O 15.00 w Pałacu na Wodzie w Łazienkach Tusk wydaje "roboczy obiad na cześć patriotyzmu". Zaprasza kombatantów, jeden gra na fortepianie i śpiewa patriotyczne pieśni. Nie ma wątpliwości, że to odpowiedź na prezydencką galę.

Po obiedzie okazja (pierwsza tego dnia) na wypowiedzi do kamer. Premier o pomysłach konkurencji: "Gala, bal, koncert nie mają wagi cudu na Wisłą czy wojny o niepodległość. Nie przesadzajmy z tym. To bardzo ważne polityczno-towarzyskie wydarzenie z punktu widzenia Kancelarii Prezydenta."

Wraca do pracy. O 17.00 przyjeżdża jeden z najczęstszych ostatnio gości - minister finansów Jacek Rostowski. Rozmawiają na temat pakietu antykryzysowego i wprowadzeniu euro (nazajutrz Tusk ma spotkanie w tej sprawie z prezesem Europejskiego Banku Centralnego).

Gdy w Teatrze Wielkim rozpoczyna się prezydencka gala, Tusk rozpoczyna kolejne spotkanie. Kancelarię opuszcza ok. 22.00.

To w taki dzień i o tej porze rzecz absolutnie wyjątkowa - wtorkowe wieczory, podobnie jak czwartki, zarezerwowane są na piłkę. Dziś boisko świeci pustkami. Nie sposób grać, jeśli kilka przecznic dalej głowa państwa cieszy się z zagranicznymi gośćmi z wolnej Polski.

Środa: we Frankfurcie o euro

Siedem minut po 9 rano i limuzyna premiera przywozi go do pracy. W tym tygodniu wszystko stoi na głowie, więc i środa jest nietypowa. Po godzinnym spotkaniu ze stypendystami, o godz. 11.00 startuje posiedzenie Rady Ministrów.

Zwykle rzecz ma miejsce we wtorek i poprzedzona jest tzw. przedrządziem. Zwykle jest wcześnie, godzina 8.30 - jak na premiera raczej nietypowo. Tusk ze Schetyną, szefem doradców Michałem Bonim, Zbigniewem Derdziukiem i Maciejem Berkiem, szefem Rządowego Centrum Legislacji pochylają się punkt po punkcie nad programem posiedzenia rządu. Początkowo myślano, że wystarczy na to półtorej godziny. Ministrów zapraszano więc do kancelarii na 10.00. Ponieważ jednak spotkania przedłużały się dość mocno i ministrowie zmuszeni byli czasem niemal godzinę czekać na posiedzenie rządu, ostatnio przesunięto posiedzenia gabinetu na 11.00.

Tu omawiane są możliwe warianty rozwiązań, za i przeciw proponowanych regulacji. Dzięki temu premier jest czasem przygotowany do dyskusji lepiej niż zainteresowani ministrowie. A wtedy dość brutalnie zrzuca odpowiedni punkt z posiedzenia. Tak było na przykład, gdy szef UKIE Mikołaj Dowgielewicz pytany o szczegóły europejskich regulacji dotyczących odpadów odparł, że zadzwoni i wszystkiego się dowie. "Nie, dziękuję. Wrócimy do tego punktu, kiedy wszyscy będą przygotowani" - miał uciąć dyskusję Tusk.

W podobny sposób premier reaguje na nieoczekiwane propozycje ludowców, którym w ostatniej chwili zdarza się zgłaszać uwagi sprzeczne z wcześniejszymi ustaleniami. On też decyduje, które punkty niewarte są uwagi całej Rady Ministrów. Gdy rozgorzał spór, czy wozy straży pożarnej wracające z akcji mają mieć prawo do bezpłatnego przejazdu przez autostrady, poradził, by zainteresowani ministrowie zdecydowali o rozstrzygnięciu we własnym gronie.

Przeciętne posiedzenie trwa dwie - trzy godziny, ale ten dzień jest wyjątkowy. Na środowym posiedzeniu mieszczą się tylko trzy nowele ustaw i jedno poprawiane rozporządzenie (w sumie przez pierwszy rok przewinęło się ponad 100 ustaw). Już o 12.30 premier jest w drodze na lotnisko. Rządowy samolot (akurat był wolny) wiezie go do Frankfurtu na spotkanie z prezesem Europejskiego Banku Centralnego Jeanem-Claudem Trichetem. Jest 15.00. Premier przedstawia tam nasz plan wprowadzenia euro. Po spotkaniu czas na pół godziny dla polskich pracowników EBC, potem wypowiedzi dla prasy.

Wieczorem Tusk jest już w kraju. Na 20.00 zaprasza na spotkanie publicystów specjalizujących się w tematyce zagranicznej.

To jedna z nielicznych form kontaktu z mediami, jaką w ostatnim czasie utrzymuje premier, co mocno odbiega od początków jego urzędowania. Niegdyś premier potrafił poświęcić kilka godzin na wizytę w redakcji "Faktu", by bawić się w redagowanie gazety albo wpaść na poranne rozmowy do telewizji. Wszystko zmieniło się po medialnej krytyce wizyty w Peru. Odtąd Tusk wyraźnie ograniczył swe publiczne występy. Za to przed każdym poważnym wyjazdem spotyka się z gronem publicystów, by przedstawić swe plany i wysondować nastroje. Ma to pomóc uniknąć spektakularnych wpadek, które mogłyby się zakończyć satyryczną okładką "Wprost", które zamieściło zdjęcie Tuska w wełnianej czapeczce z Peru z podpisem: "Premier Jaś Fasola".

Z tego też powodu wywiady w kolorowych magazynach są rzadkością, podobnie jak rozmowy w telewizyjnym studio. Wyjątek stanowią programy Moniki Olejnik, bo - jak opowiadają współpracownicy - należy ona do nielicznych, którzy jeszcze z dawnych czasów posiadają stary, prywatny numer komórki Tuska. Dzięki temu jest w stanie zaprosić premiera do programu jednym SMS-em.

Publicyści wychodzą o 22.30. Premier jeszcze zostaje i rozmawia ze współpracownikami w swoim gabinecie. Choć przy okrągłym stole stoi telewizor, na ogół go nie ogląda. Jeśli ma wolną chwilę - chętniej sięga do internetu, za to codziennie uważnie czyta gazety i to nie tylko artykuły, które dotyczą jego rządów. Odjeżdża z kancelarii po północy.

Czwartek: cały dzień w Paryżu

Czekamy, czekamy, a tu nic. Godzina ósma, dziewiąta, dziesiąta, obok nas ustawiają się kamery telewizyjnych stacji, a premiera w pracy nie widać. Jeszcze nie wstał?

Tuż przed 11.00 Centrum Informacyjne Rządu już ma pojęcie, co się dzieje z Tuskiem - rano wyleciał do Paryża. Program przewiduje tylko jeden punkt: godzinne (16.30) spotkanie z prezydentem Sarkozym na temat pakietu energetyczno-klimatycznego, potem wypowiedzi dla prasy. - To cały program wizyty pana premiera - słyszymy w ambasadzie w Paryżu, do której Tusk dociera po 12.00.

Co będzie robił przez cztery godziny dzielące go od spotkania z prezydentem Francji? Rodziny raczej nie odwiedzi, bo jej tam nie ma. Przejdzie się po sklepach? Popatrzy na popołudniowy trening piłkarzy Paris Saint-Germain, gdzie jeszcze przed rokiem grał sam Pedro Pauleta? W ambasadzie mówią, że to tajemnica.

Tajemnicą nie jest natomiast, że zagraniczne wizyty sprawiają Tuskowi wielką przyjemność od początku urzędowania. Gdy wrócił z pierwszej wizyty w Stanach jeszcze za czasów Busha, podekscytowany opowiadał współpracownikom, jak niesamowite jest uczucie, gdy premier Polski traktowany jest przez szefa mocarstwa jak równy partner.

Tego dnia o 22.00 Tusk ląduje w Warszawie. Do kancelarii premiera nie wraca.

Znowu przepada piłka.

Gdyby nie przepadła, po meczu pewnie wróciłby do rządowej willi razem ze Schetyną (nie mieszkają razem, ale wspólne wieczory na ul. Parkowej są tradycją), a może i Janem Krzysztofem Bieleckim, prezesem Pekao SA, nazywanym pierwszym kadrowym tego rządu, a czasem starszym bratem Tuska. Być może we trójkę przejrzeliby najnowszą "VIVĘ", a w niej sesję zdjęciową Schetyny z żoną i córką zatytuowaną "Ukochane kobiety wicepremiera". Wieczorne podsumowanie dnia to też dobry czas na cygaro, które Tusk popala z przyjemnością (pewne zapasy przywiózł z Ameryki Południowej, czasem pudełkiem rarytasów obdaruje go po zagranicznych wojażach minister sportu Mirosław Drzewiecki).

Piątek: Puławy się nie doczekały

Kolejny dzień, który miał w tym wyjątkowym tygodniu odbiec od normy, ale pogoda popsuła szyki - bladym świtem premier miał wsiąść do helikoptera i polecieć na Lubelszczyznę. W planie już o 9.30 przewidziano wizytę w Państwowym Instytucie Weterynaryjnym w Puławach, a przed jedenastą otwarcie boiska Orlik 2012 w Poniatowej.

To mógł być naprawdę wyjątkowy dzień, bo premier bardzo rzadko składa wizyty w kraju. Od początku lipca naliczyliśmy takich wyjazdów zaledwie czternaście.

"Strasznie trudno go do tego namówić, bo premier wyraźnie nie przepada za takimi gospodarskimi wizytami w terenie. Po oficjalnych ceremoniach jest zwykle podobnie: lokalni działacze ustawiają się w kolejce z prośbą o interwencję, dotację albo posadę. Czasem jeszcze zapraszają na zakrapianą kolację. Tusk tego nie znosi" - opowiada jeden ze współpracowników.

Lubelszczyzna nie ma szczęścia, pogoda nie pozwoliła na lot. O 14.00 premier jest już na posiedzeniu komisji trójstronnej. Potem w programie spotkanie z Waldemarem Pawlakiem i czas dla partii - w kancelarii spotka się zarząd Platformy Obywatelskiej. Nazajutrz posiedzenie rady krajowej PO, na którym Tusk wygłosi przemówienie.

Gdyby tydzień nie odbiegał od normy, premier leciałby już na weekend do domu.