Drogi Prezydencie Elekcie! Gratuluję sukcesu. Brawo! Odniósł Pan imponujące zwycięstwo, ale wraz z nim przychodzi odpowiedzialność za poprowadzenie przeżywającej kłopoty Ameryki przez świat targany konfliktami, niepewnością i nienawiścią. Obejmując urząd, stanie Pan przed trudnym zadaniem przywrócenia Ameryce wiarygodności jako skutecznego i godnego naśladowania przywódcy światowego.

Nie można tego osiągnąć wyłącznie przez zdystansowanie się wobec błędów George’a W. Busha. Musi Pan zaproponować nowatorskie strategie walki z licznymi zagrożeniami, takimi jak światowy kryzys gospodarczy, dwie wojny (w Iraku i Afganistanie), Al-Kaida, rozprzestrzenianie broni jądrowej i zmiany klimatyczne. W każdej dziedzinie musi Pan zwerbować pierwszorzędny zespół doradców, stosować zasady krytycznego myślenia i opracować spójną strategię pozwalającą weryfikować skutki podejmowanych działań.

Czyniąc to wszystko, musi Pan przywrócić tradycyjne źródła międzynarodowego szacunku dla Ameryki: hart ducha, optymizm, pragnienie sprawiedliwości i pokoju. Jak Pan przyznał podczas kampanii, dobre imię Ameryki doznało uszczerbku. Powinien Pan wysłać światu komunikat, że chociaż Stany Zjednoczone nie będą się bały działać w razie konieczności, są także gotowe słuchać i uczyć się.

Ten pierwszy krok jest ważny, ale nie może Pan na nim poprzestać. Począwszy od dnia inauguracji, musi Pan dążyć do tego, by przywrócić zaufanie do amerykańskiej gospodarki. Październikowy krach pokazał, że nasi dotychczasowi przywódcy zagubili się. Wszystkie oczy zwrócone są na Pana. Niech Pan wybierze właściwych ludzi, okaże zdyscyplinowanie, trzyma się ustanowionych przez siebie zasad i forsuje budowę systemu ekonomicznego, który nagradza ciężką pracę, a nie pazerność.

Za granicą powinien Pan realizować swój plan stopniowego wycofywania wojsk z Iraku. Jeśli ulegnie Pan wahaniom kształtujący się konsensus w samym Iraku tak czy owak zmusi Pana do tego. Inicjując ten proces i kontrolując jego harmonogram, uniemożliwi Pan radykałom chwalenie się, że to oni nas wypchnęli.

Wojska, które pozostaną, powinny skupić się na przygotowaniu sił irackich do przejęcia kontroli nad krajem. Mimo obserwowanego od ponad roku postępu wciąż jest on zagrożony wewnętrznymi konfliktami wyznaniowymi. Mają one długą historię i mogą je rozstrzygnąć tylko iraccy decydenci. Wojska amerykańskie tego za nich nie załatwią. Przyszedł czas na przekazanie władzy.

W Afganistanie powstała patowa sytuacja, która na dłuższą metę jest nie do utrzymania: większość ludności boi się talibów, nie lubi NATO i nie wierzy we własny rząd. Stawka jest tak wysoka, że może Pan odczuwać pokusę, by "zrobić coś więcej" w Afganistanie, ale to byłoby działanie odruchowe, a nie strategia.

Nawet nasze wojsko przyznaje, że obecna metoda nie zdaje egzaminu. Nie możemy zwyciężyć, zabijając przeciwników i biorąc ich do niewoli. Potrzebujemy więcej żołnierzy, ale potrzebujemy również polityki dostosowanej do aspiracji miejscowej ludności. Pod Pana przywództwem podstawową misją wojskową NATO powinno być wyszkolenie wojsk afgańskich, by broniły tamtejszych wiosek, a zasadniczym celem politycznym – poprawa jakości rządzenia krajem na każdym szczeblu administracyjnym.

Sprawą o fundamentalnym znaczeniu jest rozwój gospodarczy. Powinien Pan zachęcać instytucje globalne i regionalne do tego, by stanęły na czele procesu tworzenia infrastruktury i miejsc pracy. W sferze dyplomatycznej powinien Pan się skupić na wzmocnieniu współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa między Islamabadem i Kabulem. Generalnie sojusz ten musi rozszerzyć swoje działania z zabijania terrorystów na uniemożliwienie rekrutacji ich następców.

Drugim obok talibów powodem naszej obecności w Afganistanie jest Al-Kaida. Organizacja ta wszędzie jest obcym ciałem i nawet w Pakistanie nie zapuściła głęboko korzeni. Jej dowództwo nie sformułowało pozytywnego programu, toteż atrakcyjność binladenowskich operacji jest ograniczona nawet w przypadku potencjalnych sympatyków. Al-Kaida, aczkolwiek wciąż niebezpieczna, zaczyna przegrywać wojnę idei.

Wymierzone w konkretne cele akcje wojskowe należy kontynuować, ale powinien Pan unikać dawania tym licznym muzułmanom, którzy się z nami nie zgadzają, nowych pretekstów do zasilania armii antyamerykańskich bojowników. To jest istotne rozróżnienie. Zamknięcie Guantanamo z pewnością byłoby właściwym krokiem.

Od pierwszego dnia powinien Pan również pracować nad trwałym i sprawiedliwym pokojem na Bliskim Wschodzie. Sceptycy lubią powtarzać, że poparcie dla pokoju nie spacyfikuje Al-Kaidy, ale to oczywiste skądinąd stwierdzenie nie ma tu nic do rzeczy. Pańskie dążenia mogą się przyczynić do wzrostu szacunku dla amerykańskiego przywództwa w regionach, w których Al-Kaida szuka nowych rekrutów. Tylko skuteczna dyplomacja regionalna może przekonać Izraelczyków i Arabów, że pokój wciąż jest możliwy. Jeśli tej nadziei nie będzie, wszystkie strony przygotują się na przyszłość bez pokoju, rehabilitując poglądy ekstremistów i dodatkowo komplikując Panu zadanie.

Niebezpieczeństwa promieniujące z Bliskiego Wschodu i znad Zatoki Perskiej z pewnością będą zajmowały Pańską uwagę, ale nie powinny jej zaprzątnąć całkowicie. Skuteczna polityka zagraniczna nie może być jednostronna, ale nie może też być jednowymiarowa. Powinien Pan poświęcić więcej czasu i środków zaniedbywanym regionom takim jak Ameryka Łacińska i Afryka.

Żyjemy w globalnej epoce, toteż musi Pan spoglądać na świat przez szerokokątny obiektyw. Mam nadzieję, że sformułuje Pan nową, skierowaną w przyszłość misję dla naszego kraju: wykorzystanie najnowszych osiągnięć nauki, by podnieść poziom życia na całym świecie. Inicjatywa ta powinna obejmować hodowlę żywności, dystrybucję leków, ochronę zasobów wodnych, wytwarzanie energii i ochronę atmosfery. A także zaproszenie dla społeczeństwa amerykańskiego, by posłużyło za laboratorium najlepszych praktyk ekologicznych i stopniowo przestawiło się z masowej konsumpcji na sposób życia, który będzie do pogodzenia z przetrwaniem naszej planety. Taka polityka zmniejszyłaby naszą podatność na szantaż energetyczny, a jednocześnie pomogła zbudować bardziej szlachetny wizerunek Stanów Zjednoczonych.

Panie Prezydencie Elekcie! Wkrótce obejmie Pan urząd pełniony niegdyś przez George’a Washingtona, Abrahama Lincolna i obu Rooseveltów. Spadnie na Pana zadanie zachowania równowagi i trzeźwego reagowania na wydarzenia zarówno przewidywalne, jak i szokujące.

Okazaliśmy Panu zaufanie, a teraz Pan musi odwdzięczyć nam się tym samym. Niech Pan skończy z polityką strachu. Niech Pan traktuje nas jak ludzi dorosłych. Niech nam Pan pomoże zrozumieć ludzi z dalekich krajów i kultur. Niech nas Pan zmobilizuje do współpracy. Niech nam Pan przypomni, że Ameryka przeżywa swoje najszczytniejsze chwile nie wtedy, kiedy dominuje, lecz wtedy, kiedy inspiruje ludzi na całym świecie, by szukali w sobie tego, co w nich najlepsze.

© 2008 Madeleine K. Albright
(Distributed by The New York Times Syndicate)
przeł. Tomasz Bieroń

*Madeleine Albright, ur. 1937, amerykańska polityk. Od lat 70. pracowała w instytucjach związanych z polityką zagraniczną. W 1997 roku jako pierwsza kobieta otrzymała stanowisko sekretarza stanu USA (pełniła tę funkcję do 2001 roku). Dziś wykłada na Uniwersytecie Georgetown. Opublikowała m.in. autobiografię "Pani sekretarz stanu" (wyd. pol. 2005) oraz ostatnio "Memo to the President Elect" (2008).