O kształcie tamtych dzieł przesądziła bowiem legenda, którą obrona Westerplatte obrosła niemalże od pierwszych chwil wojny. Już we wrześniu 1939r. wydarzenie to urosło do rangi spiżowego pomnika polskiego oporu, wznoszonego nie tylko dla uhonorowania autentycznych zasług obrońców, ale także w celu zneutralizowania dojmujących porażek ponoszonych przez stronę polską w tej kampanii. Z takim też zamiarem podtrzymywano ów kult przez cały okres wojny, widząc w nim lekarstwo na upadek ducha. Legenda Westerplatte tak mocno zakorzeniła się w sercach Polaków, że nie śmieli jej podważyć propagandziści PRL-u, ochoczo deprecjonujący polski wysiłek militarny z września 1939r.

A przecież rzeczywisty obraz wydarzeń na Westerplatte odbiegał od tego zmitologizowanego w późniejszych przekazach. Dramatycznie inaczej wyglądała zwłaszcza rola odegrana przez dowódcę garnizonu mjr. Henryka Sucharskiego, który wcale nie był uosobieniem bohaterstwa i oporu. Co więcej, już po pierwszych atakach załamał się psychicznie i wiedząc, że załoga nie może liczyć na jakąkolwiek odsiecz, chciał zakończyć nierówny bój, który zgodnie z wcześniejszymi rozkazami miał trwać 12 godzin. Przeciwko kapitulacji zaprotestowali inni oficerowie, chcący bronić się aż do wyczerpania wszelkich możliwości walki. Faktyczne dowództwo objął zastępca mjr. Sucharskiego, kpt. Franciszek Dąbrowski. W efekcie obrońcy Westerplatte wytrwali na straceńczej placówce aż do 7 września 1939 i skapitulowali dopiero przed generalnym szturmem niemieckim, co pozwoliło uniknąć zmasakrowania ich szeregów. Do tej pory straty, biorąc pod uwagę intensywność i zaciekłość walk, nie były katastrofalne. Ze 182-osobowego garnizonu poległo tylko 15 ludzi, choć blisko 50 zostało rannych.

Chochlew, na ile to jest możliwe w dziele nie naukowym, lecz artystycznym, zgodnie z realiami historii oddał dramatyzm tamtych wydarzeń. Pokazał załamanie się mjr. Sucharskiego i rzeczywistą rolę kpt. Dąbrowskiego. Jednocześnie nie uległ pokusie odsądzenia Sucharskiego od czci i wiary. Nie miał łatwego zadania, bo przekazów źródłowych mówiących o sporze pomiędzy obydwoma oficerami nie zachowało się zbyt wiele. Chochlew poradził sobie z tym kłopotem w znakomity sposób. Zastosował zabieg całkowicie dopuszczalny w filmie fabularnym i kontrowersję pomiędzy Sucharskim i Dąbrowskim w sprawie kapitulacji wpisał w od dawna obecny w naszej historii spór pomiędzy realistami a romantykami, chcącymi prowadzić walkę bez zważania na jej koszty i ostateczny rezultat. Dzięki temu zabiegowi różnica postaw pomiędzy oficerami oderwana została od psychicznej kontuzji Sucharskiego i przeniesiona na bardzo frapujący poziom kontrowersji ideowej. Dobrze to świadczy o wysokiej kulturze historycznej autora.

Scenariusz w ogóle cechuje ogromna troska o mądre poszanowanie realiów przeszłości. Nie chodzi tu o fanatyczną wierność najdrobniejszym faktom, bo taka postawa w dziele artystycznym, a nie dokumentalnym, nie miałaby większego sensu. Autor, gdzie tylko może, korzysta z autentycznych treści historycznych, np. wkładając w usta płk. Sobocińskiego autentyczne słowa ministra Józefa Becka.

Zgodna z realiami historii jest też oszczędnie stosowana czerń, jaką autor posługuje się w kreśleniu wizerunku tamtych dramatycznych wydarzeń. W odróżnieniu od wielu krytyków nie mam autorowi za złe sceny, w której żołnierz oddaje mocz na portret generała w galowym mundurze. W literaturze dotyczącej września 1939r. bez trudu można spotkać jeszcze drastyczniejsze zachowania wywołane krytycznym stanowiskiem wobec naczelnego dowództwa, obwinianego przez żołnierzy o ponoszoną klęskę. Taki incydent łatwo też mógł się zdarzyć na Westerplatte, które zgodnie z oficjalnymi zapewnieniami już po 12 godzinach miało doczekać odsieczy.

Tymczasem walczyło bez nadziei na pomoc przez kolejne dni, jakby zapomniane przez dowództwo. Żołnierz na wojnie ma przecież prawo do rozważnego szafowania swoją krwią. Autor nie ulega dotychczasowym stereotypom i nie obawia się pokazać żołnierskiego zwątpienia, a czasem nawet i małości. Tylko obłudnicy mogą go jednak za to krytykować. Dzieje wszystkich wojen, także niemiecko-polskiej z września 1939 roku, są pełne podobnych scen. Fałszem byłoby ich przemilczanie. Ich uwzględnienie tylko dodaje wizerunkowi Westerplatte autentyzmu. Co więcej, potęguje obraz dominującego tam bohaterstwa. W obliczu jakże ludzkiej obawy o własne życie, demonstrowanej przez poszczególnych żołnierzy, jeszcze bardziej chwalebna staje się odwaga przytłaczającej większości obrońców.

Krytykowanie autora za taki zabieg jest dowodem ślepego przywiązania do wyidealizowanego mitu Westerplatte i nie ma nic wspólnego ze znajomością autentycznych wydarzeń wojennych. Ów obraz Westerplatte, w którym obok wielkości i poświęcenia są obecne także słabość i małość, jest największą zaletą scenariusza, jak najbardziej zgodną z realiami historii. Świetnie zostało to wyeksponowane przez sumujące całe dzieło słowa Jana Pawła II: "Każdy z nas ma swoje Westerplatte", tj. wielkie dzieło, które trzeba wykonać, niezależnie od trudności i zwątpienia towarzyszącego jego realizacji.