Pełni swady, zadający sobie ciosy raz dowcipnie, raz toksycznie, ale bez kartki, ze swobodą utalentowanych aktorów. I reszta sprowadzona do roli wojska, które klaszcze, gdy trzeba. Nic dziwnego, skoro PO wisi na miękkiej charyzmie premiera, a cały PiS to dziś głównie drapieżne diagnozy jego prezesa.

Mówili różnymi językami. Tusk wystąpił w roli specjalisty od konkretu. Rozbił swoje plany na wiele małych punktów i starał się przekonać, że dla każdego ma coś miłego. Był przekonujący, gdy przypominał o podwyżkach dla nauczycieli czy o boiskach dla młodzieży. Mniej, gdy objaśniał zaległości w budowie autostrad winami poprzedników (bo ci poprzednicy też tak mówili).

Kaczyński zbudował wystąpienie bardziej efektowne, ale skoncentrowane na ideologii. Platforma w jego ujęciu osłabia spoistość państwa narodowego, jest zbyt uległa wobec zagranicy. I znów jedne zarzuty brzmiały bardziej przekonująco, inne mniej (czy muzeum drugiej wojny to prezent dla Niemców? W świetle tego, co wiemy o tym projekcie, krzywdzące uproszczenie). Ale bardziej bym się zastanawiał, czy lider PiS był interesujący dla tych, którzy oczekują punktowania rządu za stan wyborczych obietnic. To lepiej już robił wygnany z PiS Ludwik Dorn.

Ale tak naprawdę nad sceną unosiło się coś nowego, groźnego. Nie da się ukryć, że Tusk przemawiał bardziej miękko niż przez ostatni rok, że wykonywał gesty pod adresem opozycji. Ba, nawet wojowniczy Kaczyński wyraźnie się hamował. Oczywiście w tle ich ludzie nadal okładają się po głowach (patrz komisja śledcza przesłuchująca Ziobrę). Ale zmiana tonu jest wyraźna.

Przyczynia się do tego aura nadciągającego kryzysu, o którym obaj wspominali, choć bardzo ostrożnie. Kaczyński myśli o nim pewnie z nadzieją, bo tylko kłopoty ekonomiczne mogą przełamać hegemonię Platformy. Ekipa rządowa z tych samych powodów się go obawia. Ale obie strony muszą pokazać nową twarz. Twarz mężów stanu, państwowców szukających dla Polaków ratunku. Czasem wspólnie.

Czy im to wyjdzie - nie wiem. Wiem, że nie oni ponoszą odpowiedzialność za światowy kryzys. Ale chciałbym mieć pewność, że szykują w zanadrzu najlepsze recepty, że mogą sięgnąć w razie potrzeby po najlepszych ludzi (PiS także - bo kataklizm łatwo zmienia opozycję w rządzących). Przy całej sympatii dla wysiłku liderów, aby popracować nad wizerunkiem, takiej pewności nie mam.