Wraz z Nowym Rokiem Czechy obejmują prezydencję Unii Europejskiej. Po raz pierwszy Wspólnocie będzie szefował kraj z byłego bloku wschodniego. Po raz pierwszy państwo, którego prezydent jest nieprzychylnie nastawiony do obecnej formy integracji. W dodatku Czechy ani myślą być pokornym podmiotem polityki wielkich, jak Słowenia podczas swojej prezydencji. Nie. One chcą kształtować europejską politykę. Polska powinna im w tym pomóc. Dla wspólnego dobra.

Sceptycyzm prezydenta Vaclava Klausa jest bliski stanowi ducha prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Obaj nie zachwycają się traktatem lizbońskim, choć tak Polska, jak Czechy złożyły pod nim podpis na szczycie Unii w stolicy Portugalii. Oba żądają uwzględnienia irlandzkiego nie. Klaus twierdzi nawet, że po przegranym referendum w Irlandii traktat jest martwy.

Czy taki sceptycyzm może być korzystny dla Europy i dla Polski? Tak. Traktat i tak zostanie zapewne przyjęty podczas kolejnego referendum, które Zielona Wyspa zorganizuje do końca października 2009 roku, jak zobowiązał się rząd w Dublinie. Polska i Czechy ratyfikują wówczas dokument i stanie się on obowiązującym prawem z początkiem roku 2010. Czyli przebiegnie po myśli na przykład Francji i Niemiec. Ale ... Europa, w tym Polska i Czechy, nie będą szły na smyczy największych państw kontynentu. Sceptycyzm pokazuje im, że muszą liczyć się z naszym zdaniem i traktować nas w europejskiej rozgrywce na równi ze "starymi" krajami UE. Muszą wreszcie zabiegać o nasz głos, a nie dostawać go za nic, jak bywało w przeszłości. Tego czeska prezydencja może ich z pewnością nauczyć.

Polska powinna ją wspierać także dlatego, że wśród swoich celów Praga umieściła przynajmniej trzy zagadnienia, na których szczególnie nam zależy. Pierwsze to zacieśnienie współpracy UE ze Stanami Zjednoczonymi. Drugie - budowa bezpieczeństwa energetycznego Europy. Trzecie - ściślejsze relacje z Ukrainą, krajami kaukaskimi, Mołdawią i ewentualnie Białorusią w ramach zaproponowanego przez Polskę i Szwecję partnerstwa wschodniego.

Dobrze by było, gdyby Praga skoncentrowała się właśnie na tych polach. Pamiętajmy bowiem, że wcale nie musi tak być. Francja, Czechy i Szwecja zdecydowały się na tak zwane wspólne przewodnictwo. Oznacza to, że cele prezydencji będą takie same podczas kadencji tych trzech krajów, a więc do końca 2009 roku. To wcale nie Wschód, USA czy energia są w tym porozumieniu numerem jeden, lecz integracja zachodnich Bałkanów - głównie Chorwacji - z UE. Powinniśmy wspierać naszych południowych sąsiadów, ale i pilnować ich, by nie koncentrowali się wyłącznie na tym. Tym bardziej, że w Pradze nie ma silnego, stabilnego przywództwa. Prezydent spiera się z premierem o strategiczne kierunki rozwoju kraju. Trudno w takiej sytuacji o silną prezydencję, tym bardziej będzie ona zatem potrzebowała wsparcia innych.

Witamy Chorwatów z otwartymi ramionami, ale mamy ważniejsze interesy w Unii i możemy wraz z Czechami załatwić je wspólnie. Nie było jeszcze tak korzystnej dla nas prezydencji. O ile rzecz - jasna - będziemy potrafili ja wykorzystać.