Choć dobrze wiemy, że Duch Dziejów przyłożył swoje palce tylko do upadku komunizmu, lokalne ścieżki rozkładu zostawiając w rękach przypadku, to jednak w cyklu o dwudziestoleciu niepodległości kuszą nas dwa pytania dotyczące SLD. Czy w latach 90. postkomuniści musieli wygrać? I czy 15 lat później musieli przegrać?

Od kilku tygodni zastanawiamy się nad tym. Tekst Rafała Matyi pokazywał, że 4 czerwca 1989 roku tylko wedle legend był końcem postkomunistów. Istotą polskiej drogi do demokracji było pozostawienie ich w polityce, a ograniczenie ich roli dokonało się tylko raz. Wydarzenie to Matyja nazywa zamachem stanu w państwie Okrągłego Stołu, kiedy to Wałęsa i Kaczyński postanowili w lipcu 1989 roku budować rząd nie z PZPR, ale przeciw PZPR.

Inaczej postawił problem Antoni Dudek. Poproszony o tekst o losach SLD napisał opowieść o pękniętej egzekutywie, o wadliwej konstrukcji ustrojowej, która skazuje na konflikt premiera i prezydenta. Tekst sprawnie tłumaczył interesujące nas wydarzenia. Postkomuniści wzięli władzę, bo konflikt między Wałęsą a solidarnościowymi rządami w dwa lata zniszczył obóz solidarnościowy. Dekadę potem ten sam ustrojowy konflikt zniszczył SLD.

Dziś problem SLD analizuje Piotr Zaremba, w swoim stylu akcentując charakterologiczny wymiar polityki. Zaremba kreśli obraz formacji skazanej na sukces ze względu na polityczną pokorę, jakiej nauczyła postkomunistów porażka z 1989 roku. Ten element Zaremba rozpisuje na cały styl rządzenia, na wyrozumiałość wobec otoczenia, miękkość zachowań, minimalizm oraz głęboki konserwatyzm, który współgra ze społeczną niechęcią do zmian. Postkomuniści zostali ulepieni przez los w sposób dokładnie odpowiadający zamówieniu epoki. W opisie Zaremby SLD upada, gdy kończy się pamięć dawnych porażek, gdy pokora się ulatnia, gdy SLD odnajduje w sobie butną świadomość własnej siły podobną do tej, którą miała soliarnościowa opozycja po 1989 roku.

Dyskusja o SLD nie jest zamknięta, będziemy do niej wracać, zwłaszcza że został do zanalizowania jeszcze jeden wymiar władzy postkomunistów, czyli tak zwany układ. Pojęcie fałszujące rzeczywistość, gdy używane jest w znaczeniu gangstersko-mafijnym, natomiast jako termin opisujący układ społeczno-gospodarczo-polityczny dla opisu III RP jest wręcz niezbędne.

Już w 1989 roku kilku przenikliwych obserwatorów zauważyło, że władzy się nie dostaje w prezencie, ale trzeba ją wziąć. Skoro "Solidarność" jej nie bierze, pozostawia takie obszary, jak: obsada ministerstw, służby specjalne, dyplomacja czy bankowość, to lwia część władzy pozostaje w rękach tych, którzy ją dotąd mieli. Nie na skutek spisku, ale naturalnej logiki ci ludzie dbają o osobiste interesy, starają się obronić swoją społeczną pozycję, swoją dawną władzę przekuwają na nową. Uczestniczą w świecie nowym, ale modelują go wedle logiki własnego interesu.

I tak się stało. Jadwiga Staniszkis jako pierwsza opisała zjawisko postkomunizmu, demokracji i rynku budowanego na konkretnym, postkomunistycznym tworzywie. Staniszkis nie lubiła posługiwać się słowem "układ", widziała w nim zbyt łatwą personifikację oraz demonizację społecznych zjawisk, jednak pokazywała znaczenie sytuacji, w której wspólnota losu tak mocno zintegrowała grupę czołowych polityków, biznesmenów, funkcjonariuszy służb i wymiaru sprawiedliwości.

Pod wpływem tych diagnoz prawica zbudowała pojęcie układu jako struktury mafijnej, którą państwo musi siłą obalić. Sama autorka diagnozy nie widziała potrzeby dla takiej mobilizacji. Śmierć postkomunizmu zapowiedziała w drugiej dekadzie lat 90., miał on upaść nie z rąk antykomunistów, ale silniejszego przeciwnika - globalizacji. Postkomuniści musieli kontynuować marsz na Zachód, a to oznaczało otwieranie rynku na konkurencję. Postkomunizm był wystarczająco silny, by wygrać z lokalnymi podmiotami, natomiast z Brukselą czy międzynarodowymi korporacjami nie miał żadnych szans.

Co dziś wiemy? Postkomunizm upadł, upadł też SLD. Chyba rację ma Staniszkis, że wszystko dokonało się wcześniej, afera Rywina raczej przypieczętowała coś, co już się stało. Postkomunistyczne imperium padło wcześniej, ale nim to się stało, zbudowało iluzję własnej potęgi. Uwierzyła w nią nie tylko antykomunistyczna prawica, uwierzyło społeczeństwo, a także sam SLD. Brutalne ingerencje Kwaśniewskiego i Millera w gospodarkę, kariery ludzi pokroju Czarzastego, Jakubowskiej i Kwiatkowskiego były przejawem imperialnej świadomości. Liderzy SLD uwierzyli, że są wszechwładnym układem. Ale nie byli. Ujawnienie afery wywołało w SLD panikę i strach, układ przegrał bez próby obrony. Upadł łatwo, bo istniał już tylko w głowach.

Robert Krasowski