ROBERT MAZUREK: Nie jest prawdą, że tak zupełnie się nie przygotowałem…
ROBERT GÓRSKI:
Zaraz?! A tamto, o czym rozmawialiśmy, się nie nagrywało? Wystrzelałem się ze wszystkich dowcipów.

Jakby co, panu podrzucę, ale możemy porozmawiać poważnie. Dlaczego podsłuchuje pan ludzi?
Ostatnio byłem na rodzinnej imprezie i przysłuchiwałem się temu, jak opowiadają. Jaką to ma kapitalną dynamikę! Zaczyna się od tego, co jest na stole, potem gdzie to kupili, a że ta ulica jest remontowana, bo wszystko jest remontowane i nigdzie nie można przejechać. Chciałem nawet stworzyć cykl skeczy o ludziach rozmawiających przy stole zaczynający się od tego, ile pająk ma nóg.

A ile?
Podejrzewam, że osiem.

Prowadzi pan w tej sprawie jakieś badania?
Wyrzucam bez patrzenia, ile mają nóg, bo są obrzydliwe.

Uprzednio je mordując?
Nie, nie. Babcia mi powiedziała, że pająki uratowały Matkę Boską, oplótłszy ją pajęczyną, i szatan nie mógł nic zrobić.

Przecież pan nie wierzy w Matkę Boską.
Wierzę, choć nie do końca wierzę, że uratowały ją pająki. Ale skoro babcia tak powiedziała, to ich nie morduję, tylko wyrzucam. A pan?

Czasem morduję.
To ohydne. Morduje pan pająki?! Dlaczego?

Bo jestem złym człowiekiem.
Przykro mi, że spotkałem taką osobę na swojej drodze.

Nie spotkał mnie pan na drodze, tylko w knajpie.
A wracając do pańskiego pytania, to byliśmy ostatnio z żoną i dzieckiem w banku, gdzie przyjął nas jakiś oficjel i coś tłumaczył. Wyłączam się od razu, tak samo żona, bo nic nie rozumiemy, a Antek coś tam zrobił czy się przewrócił, więc wybuchnęliśmy śmiechem. Ten pan nie wiedział, jak zareagować, więc powiedział coś w stylu: "No tak, młoda osoba w tym wieku bawi się ruchem". I to połączenie bankowej nowomowy z prostą sytuacją życiową było kapitalne.

Tylko bankowcy pana interesują?
Każda grupa zawodowa ma swój kod. Ostatnio miałem kontakt ze scenarzystami. Oni wszyscy są tacy sami: unikają publicznych wystąpień, mają podobne fryzury i okulary, noszą skórzane kamizelki i raczej nie przejmują się wyglądem. Dziennikarze też zresztą są niechlujni.

Wypraszam sobie. Mam porządną kurtkę i włoski szalik. Żona kupiła.
Na mnie moja ostatnio nakrzyczała, że chodzę jak dziad, więc pojechaliśmy na zakupy, gdzie kupiłem kilka par spodni, żeby dobrze wyglądać przez najbliższe kilka lat. Poza tym, wracając do poprzedniego pytania, ciekawi są aktorzy.

Bo opowiadają dowcipy?
Co więcej, nie znam aktora, który by potrafił opowiedzieć dowcip, siedząc. On musi wstać i go odegrać. Wchodzisz do knajpy i widzisz gościa, który stoi i coś mówi – to aktor opowiadający dowcip.

Albo kelner.
Ale kelner słucha, a aktorzy nie słuchają, tylko patrzą i zastanawiają się, co za chwilę sami powiedzą.

Lubi pan "Małą Brytanię"?
Wolę "Biuro", to najlepsza rzecz, jaką ostatnio widziałem. A "Mała Brytania" jest trochę zbyt grubą krechą zrobiona.

Ale za to bezkompromisowa, czego w Polsce nie ma. Wojewódzki, nie mówiąc o Majewskim, to salonowcy!
Bo w Polsce bezkompromisowość od razu jest wulgarna, a oni podadzą to w jakimś zmiękczającym sosie. A u nas to od razu na ostro, tak jak się kręci prywatnie pornosy, wie pan…

Nie wiem, jak się kręci prywatnie pornosy.
Taa…, nie wie pan (śmiech). Pokażę panu na komórce. Mam taki pomysł, żeby zrobić kabaret Ścierwo, czyli ciemną twarz naszego kabaretu, żeby popakować tam wszystkie brzydy, wulgarne aluzje seksualne, walnąć w Murzynów, Żydów, księży, pedałów, żeby tak zgarnąć to wszystko ze stołu razem z obrusem.

Nie starczy panu odwagi.
Może nasza rozmowa mnie zmotywuje, znajdzie się choć jeden odbiorca.

Ja się zgłaszam, ale przestrzegam, że w Polsce nikt tego nie łyknie. Kiedy TVP puszczała Monty Pythona, to słupki oglądalności leciały na łeb, na szyję.
To dziwne, wszystkim moim znajomym to się bardzo podobało i opowiadali sobie skecze.

"Biuro" też chyba nie rozbawiłoby Polaków.
Pewnie nie. Jestem trochę załamany naszymi komediami i jestem jedynym człowiekiem, który się nie śmieje w kinach. Ostatnio ubawiłem się na "Weselu" i "Dniu świra". Większość naszych komedii żongluje dowcipem o wadze młyńskiego kamienia.

I chodzi pan na nie do kina?
W naszym busie mamy odtwarzacz DVD i jak jedziemy w trasę, to oglądamy filmy już nie klasy B, ale dalszych liter alfabetu, choćby horrory slashery.

Co to?
Taki podgatunek horroru, w którym ludzie zabijają się ostrymi narzędziami i jest dużo krwi.

To jest fajne?
Czasem te filmy są tak nieudolne, że aż fajne. Mamy okazję do komentowania i jest wesoło.

Z pana to w ogóle szczególny wesołek, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę czytane książki.
Czytam albo o Powstaniu Warszawskim, albo o wojnie. Teraz "Katów i ofiary" Laurence’a Reesa, który opisuje, skąd bierze się to okrucieństwo. Czytam też obozowe pamiętniki.

Zna pan "Anus mundi" - wspomnienia Wiesława Kielara, który przyjechał do Oświęcimia pierwszym transportem?
Tego nie znam. Czytałem oczywiście Bartoszewskiego, "Pięć lat kacetu" Grzesiuka, wspomnienia aptekarza z Apteki "Pod Orłem" w krakowskim getcie. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie relacja kobiety, która trafiła do getta w Końskich, a potem przeżyła wojnę, ukrywając się pod Sandomierzem. Chciałem nawet napisać całkiem serio scenariusz filmowy o tym.

Nikt by już tego nie chciał oglądać.
Musiałbym poprosić amerykańskiego Żyda o sfilmowanie. Inny pomysł na scenariusz to "Apel" Andrzejewskiego, który jest jak grecka tragedia - jedność czasu i miejsca.

Pan ciągle o tej martyrologii, zupełnie jak za PiS. Teraz jest miłość i wybaczanie.
E, nie, rozmawiam z ludźmi i mam wrażenie, że jest nawrót jakiegoś pozytywnego patriotyzmu. Jestem po lekturze "Kinderszenen" i zgadzam się z Rymkiewiczem, że choć powstanie nie powinno wybuchnąć, to jest to piękne wydarzenie w życiu narodu.

Powstanie nie powinno wybuchnąć, ale dobrze, że wybuchło?
O właśnie tak, z tym się mogę zgodzić! Miałem taki pomysł na scenariusz o powstaniu: kibice Legii świętują mistrzostwo Polski i uciekając przed policją, chowają się w kanale, z którego wychodzą w realiach Powstania Warszawskiego. Pan gdzie mieszka?

Na Mokotowie.
Mokotów - piękna powstańcza karta. Ciekawe, czy dałoby się przejść kanałami z Pragi? Pewnie byłoby szybciej niż autem przez zakorkowany most.

To sporty ekstremalne. Pan jest kibicem?
Takim, że cieszę się, jak Lech awansuje, i martwię, jak Wisła odpada. Żaden fanatyk. A zatem generalnie częściej się martwię, niż cieszę. Cieszyłem się, jak komentował Ciszewski, zacząłem martwić, odkąd nastał Szpakowski. Jego głos niestety kojarzy się z klęską. Tak mnie to wku...a, że już nie mogę tego słuchać! Mógłby komentować powstanie.

Zastąpiłby pan Szpakowskiego?
Myślałem o tym. Brakuje nieco humoru w tych komentarzach.

Przegrywamy 0:2 z Niemcami i jest 88 minuta, żadnych szans na remis. Ciekawe, jak by pan to zabawnie skomentował?
Z Niemcami? Że przegrywamy, ale i tak jest nieźle, bo przynajmniej od strony naszej bramki nie wchodzą Rosjanie.

Zmieńmy temat. Nagraliście płytę z piosenkami. Pan niestety też śpiewa.
Nie umiem, ale znalazłem sposób. Trzeba śpiewać bardzo głośno, bo głośno zaśpiewany fałsz przestaje być fałszem, ponieważ wszyscy myślą, że tak trzeba. Piszę też wiersze, ostatnio rzadziej, ale jak będę stary, to się na tym skupię - na pisaniu wierszy i poważnych piosenek.

A jak się pisze program kabaretu?
To nic specjalnego - leżę sobie i piszę.

Leżę, bo wcześniej piłem?
E, nie, po pijaku nic do głowy nie przychodzi. Kochanowski pisał: "Widział kto poetę trzeźwego? Nie wymyśli taki nic mądrego". Pozwoliłbym sobie polemizować. W każdym razie ja kładąc się spać, myślę sobie o skeczu, zapisuję sobie jakieś pomysły i dopiero potem przepisuję do komputera.

Jest pan zdyscyplinowanym twórcą?
Nie jestem zbyt systematyczny. Oczywiście, najlepsze pomysły przychodzą do głowy rano i jeśli jest 14, a ja nic nie napisałem, to już mogę się pójść upić.

A pisze pan tylko dla kabaretu?
Napisałem właśnie scenariusz pełnometrażowej komedii i mam nadzieję, że powstanie na jej podstawie film. To ma być panorama współczesnej Polski opowiedziana językiem, którego w kinie nie mogę się doszukać.

Jakąś fabułę też pan przewidział?
To film drogi, którego bohaterami będzie dwóch wyrzutków społeczeństwa. Zdobywają oni skarb, który może zaważyć na losach naszego kraju, więc interesują się nim wszystkie wywiady i próbują ich znaleźć. A w tle jest polityka. To będzie dzieło, po którym zapadnie cisza i nikt nie ośmieli się nakręcić innego filmu.

Czyli koniec kinematografii polskiej.
Nie, bo jak zarobię na tym krocie, to zrealizuję za własne pieniądze następny film, który będziemy pokazywać w nieistniejących DKF-ach. Oczywiście byłby to film o wojnie albo powstaniu.

Na stronie internetowej kabaretu odwołujecie się do Jarosyego, Starszych Panów, Osieckiej…
To stara strona. Byliśmy młodym kabaretem i wypadało się do nich odwoływać, bo to dobry background. Ale jak sobie ostatnio popatrzyłem na to, co robimy, to widzę tu niewiele ze Starszych Panów.

Przykro mi, że pan to mówi, bo to ja miałem powiedzieć.
A, widzi pan! Na początku byliśmy młodzi, przesiąknięci ideałami, a potem poszliśmy drogą komercji i odcięliśmy się od tego (śmiech). Musieliśmy się skomercjalizować, bo występujemy w dużych halach, a tam Kabaret Starszych Panów też by sobie nie poradził.

Mieliście nie przebierać się za głupków, a teraz wychodzi pan na scenę w dzierganej kamizeleczce i robi miny.
Na pewno pisałem, że nie będziemy się przebierać za baby, ale nam łatwiej, bo mamy babę, która się przebiera za baby.

To nie jest pójście łatwiznę?
Jest takie powiedzenie: "Jak się śmiesznie przebrać, to może być nawet zabawne".

Czego się nie dopisze, to się dogra?
Jasne, że strój jest jednym z elementów przedstawienia, ale staram się, by nie był najważniejszy. Zresztą im droższy kupimy rekwizyt czy strój, tym gorzej nam skecz wychodzi i przestajemy go grać, choć mamy zajebistą czapkę i płaszcz Sherlocka Holmesa. Najlepiej wychodzą żarty oparte na słowie, więc zmierzamy w stronę kabaretu ubogiego. Jak Grotowski, ale nie będziemy chodzić boso po scenie.

Jesteście albo bardzo pracowici, albo macie duże kredyty.
Nasz menedżer dodaje, że jest zadowolony, kiedy artyści się rozwodzą, bo wtedy potrzebują pieniędzy i chcą dużo grać.

Rozwodzicie się?
Na ogół nie, ale się zdarza.

Pytam, bo codziennie gdzieś gracie.
To niech pan zajrzy na stronę kabaretu Ani Mru Mru - oni wyjeżdżają na dwa tygodnie w trasę. My wyjeżdżamy na dwa, trzy dni, boby nas żony pozabijały. Ale jak już jedziemy, to gramy na ogół po dwa koncerty dziennie, bo nie opłaca się jechać dziesięć godzin w jedną stronę na jedno przedstawienie.

I co, dzwonicie do Jasła, że jesteście w Krośnie, więc wystąpicie za pół ceny?
Czasem dzwonimy, ale jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że nie musimy zabiegać o koncerty, a raczej ograniczać ich liczbę, żeby nie zwariować. W pewnym momencie przegięliśmy pałę i musieliśmy nieco ograniczyć występy, żeby nie popaść w rutynę bądź alkoholizm. A jest wiele okazji do tego, by świętować sukcesy w Krośnie, skąd pochodzi moja żona.

Nie jest to Krosno Odrzańskie?
Nie, takie prawidłowe, gdzie ropa była.

I Zygmunt Wrzodak.
I Gomułka, Leszek Teleszyński oraz Robert Rozmus.

Dwóch ostatnich nie znam.
Poważnie?! Leszek Teleszyński, "Życie na gorąco". Nie oglądał pan tego serialu? On był idolem wszystkich kobiet.

Przecenia pan mój pierwiastek kobiecy.
W każdym mężczyźnie jest pierwiastek kobiecy albo kryptohomoseksualista.

Dlaczego krypto?
Dobrze się pan maskuje.

Zostawmy ten uroczy wątek. Telewizja daje popularność?
Obecność w telewizji jest obowiązkowa, bez niej nie istniejesz. Jeśli nie ma cię w telewizji, ludzie myślą, że umarłeś albo rozpiłeś się. Świat poza telewizją nie istnieje.

Mówi pan o tym jak o przykrej konieczności.
Teraz mamy taką pozycję, że możemy sobie wybierać, ale na początku braliśmy wszystko, co nam z łaską oferowano, mówiąc, że albo nie zapłacą nam wcale, albo marne grosze, bo to dla nas promocja.

Ale te bitwy kabaretowe i rozmaite turnieje to balansowanie na granicy obciachu. Wychodzi koleś, udaje geja i już rechot.
Rzeczywiście postać geja stała się ostatnio bardzo popularna i to nie tylko w kabarecie. Dostają nagrody, więc i przenosi się to na scenę. A telewizja niestety robi za duże sito i wszystkie kabarety przez nie przelatują, a że jest kilka kabaretów dobrych i wiele słabych, a wszystko nazywa się kabaret, więc rykoszetem uderza to w nas.

Dariusz Basiński z Mumio domaga się więc, by nie nazywać ich kabaretem.
A czym są? Teatrem? To pokażę im kilka przedstawień teatralnych i nie będą chcieli być teatrem. Chyba, że stworzą półkę "Mumio".

Utrzymujecie się z kabaretu?
Teraz trudno byłoby znaleźć pracę przynoszącą takie dochody i tyle satysfakcji, ale kiedyś pracowaliśmy w reklamie, jak wszyscy w naszym pokoleniu.

Nie wszyscy. Z Rafałem Zbieciem pracowałem w "Życiu".
To wtedy napisał, że nietoperze żywią się myszami, i do redakcji zadzwonił jakiś wkur...ny profesor?

Nie wiem, znam go raczej z imprez. A swoją drogą, czym się żywią nietoperze?
A skąd ja mogę wiedzieć? Pewnie robakami, skoro same są wielkości myszy.

Inaczej traktuje się chałtury i koncerty biletowane?
Inaczej, bo tak zwane "biznesy" są takim greatest hits, a na koncert biletowany ludzie przychodzą specjalnie dla nas, płacą, chcą zobaczyć coś nowego i to właśnie te występy motywują nas do robienia nowych programów. Chociaż z kabaretem jest jak z zespołem muzycznym - żaden zespół, który nagrał choć jeden przebój, się nie rozwiąże, bo może później w całkowicie zmienionym składzie jeździć po Polsce na "biznesy".

To dotyczy nie tylko polskich zespołów. Grają u nas Budgie czy The Animals.
A z nami grali Boney M, których słuchałem będąc dzieckiem.

Graliście z Boney M?!
I to nie raz, bo są chyba ze cztery Boney M, każdy oryginalny.

Artur Andrus opowiadał, jak występował na Dniach Młodego Chemika razem z fakirem.
A my graliśmy dla sprzedawców takich rzeczy, które się przyczepia do odbytnicy, kiedy człowiek jest chory.

Litości!
Autentycznie. Oni mieli jakieś zajęcia, a my dla nich zagraliśmy. Najwięcej koncertów mamy właśnie dla firm farmaceutycznych, które mają mnóstwo pieniędzy, w przeciwieństwie do ludzi, którzy kupują ich lekarstwa.

Lekarstwa są tak drogie, bo musi wystarczyć na gażę dla was.
(śmiech) Nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.

A co, gdybym był właścicielem firmy produkującej te środki doodbytnicze i chciał, byście zagrali na urodzinach teściowej?
To byśmy się nie zgodzili, bo są jakieś granice chałturzenia, nie wszystko można robić. No, chyba że zaproponowałby pan jakąś niewiarygodną górę pieniędzy, to wtedy bylibyśmy idiotami, gdybyśmy się nie zgodzili.

Na takich "biznesach" jest kulturalnie?
Tak, raz tylko pijany facet wlazł na scenę i nikt go nie chciał ściągnąć. Wkurzyłem się i sam go chciałem ze sceny sprowadzić, ale się wyłożył na schodach.

Chodzi pan jeszcze do "Szkła kontaktowego"?
Nie chodzę, bo nie mam czasu, a poza tym nie czułem się tam zbyt swobodnie. Oglądam to sobie teraz z rzadka, ale wydaje mi się nieco nudne. Nie wiem, czy to tuba Platformy Obywatelskiej, czy nie, ale to już monotonne, niektórzy popadli w manierę.

Nie korciła was satyra polityczna?
Nigdy.

A gadacie w busie o polityce?
Gadamy? My się kłócimy i wrzeszczymy na siebie, bo wbrew pozorom nie wszyscy jesteśmy za PO.

A wyglądacie na grzecznych wykształciuchów.
Nasze kłótnie są o tyle bezsensowne, że i tak wszyscy są zafiksowani i nikt nikogo nie przekona, ale przynajmniej można się wyładować. Ale poza tym jesteśmy w wielu sprawach podobni, bo zgodnie uważamy, że najpiękniejsza para "Gali" to jakaś pomyłka.

Znacie kogoś ładniejszego?
Najpiękniejszą parą powinien być facet i baba. I już. A może warto nagrodzić jakiegoś aktora, który żyje z jedną i tą samą żoną przez całe życie.

To chyba aktor z Iranu.
Warto by poszukać. W tym zawodzie to bohaterstwo.

Zakapior z pana.
Ze mnie?! Ja tylko uważam, że telewizja publiczna powinna dawać jakiś przykład.

Dała przykład tolerancji.
To nie tolerancja, tylko lans. Dobry skutek uboczny jest taki, że TVP zrezygnowała z tych wszystkich "Gal" i "Viv", które są wyłącznie aktem zbiorowego onanizmu zachwyconych sobą celebrytów. A ja przecież jestem tolerancyjny. Nie chcę nikogo zakuć w dyby, ale żeby od razu specjalnie to promować?

Mówi pan językiem PiS, nie da się ukryć.
Widzi pan? Po prostu nie jestem ortodoksyjnie przekonany do jednej partii.

Angażował się pan politycznie?
Rozlepiałem plakaty "Solidarności", popierałem Kuronia na prezydenta. Ale rozlepiałem też dla pieniędzy plakaty nie tego, kogo trzeba, ale to było w technikum.

Technikum?
Rodzice uważali, że trzeba mieć w życiu jakiś fach, a technikum to daje. Potem przez rok studiowałem też geologię.

A to po co?
Bo bez egzaminów, a bałem się zdawać na polonistykę. Zresztą na polonistyce większość facetów była wtedy po technikum. A większość kabareciarzy skończyła AWF lub politechniki.

Sądząc po poziomie większości z nich, też tak obstawiałem.
(śmiech) A my jesteśmy wyjątkami.