Lech Kaczyński podpisał nominację Dubaniowskiego - najwierniejszego i najsensowniejszego człowieka Aleksandra Kwaśniewskiego, byłego szefa jego gabinetu - na stanowisko ambasadora w Singapurze. Tym razem się nie handryczył, nie szukał drugiego dna tej nominacji, nie pytał nawet, czy Dubaniowski należy do prorosyjskiego lobby albo czy rozmawiał z Ronem Asmusem.

Prezydent posłał 44-letniego Dubaniowskiego na jego pierwsze stanowisko ambasadora RP, na którym jeden z najbardziej utalentowanych ludzi lewicy będzie mógł przeczekać dekoniunkturę swojego obozu i nabyć dyplomatycznych szlifów.

>>>Kaczyński stawia na faworyta Kwaśniewskiego

W Polsce skarbem jest polityk, którego można pokazać Zachodowi i Zachód uzna go za jednego ze swoich, a nie za dyplomatę z Mozambiku, którym trzeba się opiekować, przeciągać go na swoją stronę, ale którego nie dopuszcza się do współdecydowania o niczym.

Kiedyś monopolistą w posiadaniu takich skarbów była Unia Wolności ze swoim mitycznym Bronisławem Geremkiem, a także środowisko "Gazety Wyborczej" z Adamem Michnikiem zachowującym historyczne towarzyskie kontakty z lewicowymi rówieśnikami za żelazną kurtyną.

Dzisiaj monopolistą jest PO z Radosławem Sikorskim, Jackiem Saryusz-Wolskim czy Januszem Lewandowskim. Ale Dubaniowskiego już dzisiaj można by Zachodowi pokazać: zna języki, jest naprawdę cywilizowany, sympatyczny i towarzyski - a przy tym wszystkim ma polityczny instynkt. Szybko nabywa kompetencji w dziedzinach, którymi się z politycznego nadania zajmuje, a dzięki znajomości paru języków w rozmowach z zachodnimi rówieśnikami nie będzie potrzebował tłumacza ani pośrednika.

Dubaniowski ma wszelkie dane, żeby zostać Sikorskim lewicy. Na swojej politycznej drodze pozostawił za sobą nawet mniej kontrowersyjnych wypowiedzi i śmiertelnych wrogów niż Sikorski.

Ale na obronę Sikorskiego trzeba powiedzieć, że Dubaniowski nie musiał wędrować szlakiem bojowym polskiej prawicy, wśród rozpadających się partyjek i chorych z ambicji, niepewnych własnej wartości liderów. On wędrował sobie spokojnie między Ministerstwem Przemysłu i Handlu czy Urzędem Pełnomocnika Rządu ds. Integracji Europejskiej a władzami spółek skarbu państwa, pomiędzy kancelarią Aleksandra Kwaśniewskiego a Krajową Radą Radiofonii i Telewizji.

Nikt nie próbował go politycznie uśmiercić, nawet politycy SLD niespecjalnie zaprzyjaźnieni z jego patronem Kwaśniewskim. Tymczasem politycznymi patronami Sikorskiego bywali Olszewski czy Kaczyńscy, jego partyjnym kolegą bywał Macierewicz - a to już wystarczy, żeby złamać karierę Napoleonowi, nie mówiąc o zwykłym prawicowym polityku młodszego pokolenia (dla przypomnienia paru najbardziej zaangażowanym internautom - to nie Sikorski zdradził Kaczyńskich, ale oni jego, wyrzucając go z MON-u i wydając w ręce Macierewicza, który przez ponad rok próbował łamać mu nogi i defasonować facjatę, tyle że bez skutku).

Placówka w Singapurze to jeden z etapów przygotowania Dubaniowskiego do tego, aby w przyszłości odegrał istotną rolę w swoim obozie. I jakoś mnie nie dziwi, że także Lech Kaczyński przykłada rękę do tej konsekwentnej hodowli Sikorskiego lewicy, który kiedyś o pozycję politycznego lidera swojego pokolenia skutecznie z Sikorskim zawalczy.