Przez pięć minut wydawało się, że Tusk ostatecznie roztrzygnął sprawę Palikota. Roztrzygnął sensownie: w sposób dla Palikota bolesny, ale bez wypychania go z partii. Jednak pewnie tylko mnie jednemu tak się wydawało, bo przy całym moim deklarowanym cynizmie i tak zawsze okazuję się o niebo bardziej naiwny od naszych zawodowych idealistów.

Palikot już dał odpór Tuskowi na swoim blogu. Ujawniła się także frakcja Palikota, całkiem silna, nawet jeśli chwilowo w PO mniejszościowa. To już nie tylko Kazimierz Kutz, ale także - niestety - Bronisław Komorowski, który z radiu ZET stwierdził, że nie widzi powodu, dla którego Tusk miałby przepraszać Gęsicką, bo sama się prosiła o to, co od Palikota dostała. Niestety - napisałem - bo akurat Bronisław Komorowski, nawet jako marszałek zdecydowanie stronniczy, tak jak wszyscy przed nim, jest jednak marszałkiem pracującym zarówno dla swojej partii, jak też dla państwa, a nie tylko na swój wizerunek. O ludziach z PiS-u mówił rzeczy ostre, czasami prześmiewcze, ale bez używania obelg. Teraz jednak wziął udział w wojnie o Palikota, która dzieli Platformę i ją osłabia. Z każdym kolejnym dniem, w którym jest prowadzona.

Spór w istocie nie toczy się o Palikota, ale o to, czy priorytetem Platformy Obywatelskiej ma być rządzenie państwem czy likwidacja PiS-u. Jeśli rządzenie państwem, Palikot - na razie - nie nadaje się na lidera PO. Jeśli likwidacja PiS-u, Palikot jako potencjalny lider PO jest już dzisiaj lepszy od Tuska, Schetyny, a nawet Komorowskiego. A jutro może będzie jeszcze lepszy od nich, bo wymyśli taki bluzg, po którym "Kaczory" już się nie podniosą.

W momencie, kiedy Unia Europejska się chwieje, kiedy trwa ponura zabawa w gazowe Monachium, kiedy Kreml zaprasza kolejne pozbawione przez siebie gazu kraje do "dwustronnych negocjacji z Gazpromem" i obiecuje tym krajom, którym Bruksela od dwóch tygodni nie zdołała pomóc, podpisanie "dwustronnych umów" (tak samo przyjaznych i trwałych jak ongiś umowa Trzeciej Rzeszy z Czechosłowacją), kiedy Polska może się przed globalną recesją wybronić albo w nią zanurkować - wydawać by się mogło, że priorytetem partii, która zdecydowanie wygrała wybory, powinno być rządzenie państwem, a nie "dorzynanie watahy".

Oczywiście do tanga trzeba dwojga. Dla prezydenta i PiS-u też priorytetem powinno być ratowanie Polski przed katastrofą, a nie wojna z PO. I tak jak Tusk zdystansował się do Palikota, Lech Kaczyński powinien się zdystansować do samego siebie, np. do swojej polityki wetowania wszystkiego co żyje, albo do nazywania swoich krytyków "prorosyjskim lobby" (co jest tak samo obraźliwe, jak porównanie kogoś do prostytutki, bo oznacza po prostu nazwanie kogoś zdrajcą). A Jarosław Kaczyński powinien porzucić swoją niezdrową fascynację "łże-elitami", czy lustrowaniem Niesiołowskiego.

W polskim Internecie już dzisiaj grasują dwie bandy psychopatów, nawet całkiem liczne, z których jedna sama siebie nazywa "zwolennikami PO" i jej jedynym zajęciem jest obrzucanie wyzwiskami polityków PiS-u, w tym prezydenta, a druga sama siebie nazywa "zwolennikami PiS-u", a jej jedynym zajęciem jest obrzucanie wyzwiskami polityków PO, szczególnie premiera. To wszystko są dzieci Kurskiego i Palikota, dzieci "PO-PiS-owego" rozwodu, przeprowadzonego nie w białych rękawiczkach polityki, ale przy pomocy łomów i w brzęku tłuczonej zastawy. To jest wasze dzieło, panowie Sarmaci.

Oczywiście są jeszcze gorsi od was, np. Janusz Korwin-Mikke, który na swoim blogu wzywa Rosjan do najechania Ukrainy czy Leszek Miller i Janina Paradowska, którzy, każde w swoim medium, usprawiedliwiają budowę Gazociągu Północnego, bo "będzie omijał Ukrainę". Nie pamiętając, że ten gazociąg służyć ma Rosjanom przede wszystkim do tego, żeby ominąć Polskę. Sarmackiemu samobójstwu nie ma końca. Dlatego zasmuciło mnie, że Komorowski, człowiek z dobrej rodziny, który język ma wystarczająco bogaty, żeby przeciwnika boleśnie ugodzić bez porównywania go do prostytutki czy chama, sam wszedł do tej sarmackiej licytacji.