Popularny w mediach politolog Marek Migalski, który przed kilkoma laty przełamał jednobrzmiący ton dyżurnych komentatorów wydarzeń politycznych, ma dziś problemy z rozpoczęciem habilitacji. Trzy uniwersytety, w tym szacowny Uniwersytet Jagielloński, odmówiły mu tym samym prawa do kontynuowania kariery naukowej.

Warto więc zastanowić się, czy:

1. Nie jest to jawna zemsta na Migalskim za to, że otwarcie krytykował on swojego szefa prof. Jana Iwanka, który okazał się być tajnym współpracownikiem SB?

2. Czy nieprzerwana kariera owego byłego współpracownika przy równoczesnym odebraniu Migalskiemu prawa do kontynuowania drogi naukowej nie zakrawa na koszmarny źart historii?

3. Jak studenci, obserwujący podcinanie skrzydeł naukowcowi, który pozostaje poza akademickim mainstreamem, mogą nauczyć się otwartości, niezależności i odwagi w formułowaniu własnych poglądów?

4. Czy jednym z powodów konsolidacji świata nauki przeciwko Migalskiemu, popularnemu dzięki swej medialności i dużej komunikatywności, nie była zazdrość hermetycznych profesorów, którzy nie potrafią posługiwać się zrozumiałym językiem, wyrażają banalne często poglądy i nie mogą nawet marzyć o zainteresowaniu dziennikarzy?

5. Czy przykład Migalskiego nie potwierdza tezy, że pozostawienie w czasie przełomu środowiska akademickiego samego sobie i liczenie, że w sposób naturalny zweryfikuje ono wewnętrzne układy i hierarchie, niemające wiele wspólnego z nauką, było czystą naiwnością?