Dymisja Zbigniewa Ćwiąkalskiego przyjęta! Nie przyjęta - wymuszona. Minister musiał odejść po wczorajszej komedii z tłumaczeniem samobójstwa trzeciego z zabójców Olewnika. Decyzję podjął jednoosobowo premier. Jeszcze wczoraj czołowi politycy PO wydawali się jednomyślni w tłumaczeniu Polakom, że nic się tak naprawdę nie stało. To samo mówił zdymisjonowany dziś minister.

Ćwiąkalski nie odchodzi dlatego, że osobiście odpowiada za to, że trzeci z bandytów powiesił się w wiezieniu, albo że ktoś mu w tym pomógł. Bo najlepszy szef resortu nie mógłby temu przeszkodzić. Odpowiada natomiast za rewię niefrasobliwych, powiem więcej - niemądrych wypowiedzi. Gdy wszyscy mieli przekonanie, że sprawa śmierdzi, że mamy do czynienia ze zmową w wymiarze sprawiedliwości, że ktoś tu przynajmniej czegoś nie dopatrzył, minister tryskał optymizmem i przekonywał, że jedynym problemem jest "medialna histeria". Zakłócająca dobre samopoczucie naczelnikom więzień i prokuratorom.

Premier Tusk wykazał się lepszym słuchem społecznym niż jego koledzy. Ćwiąkalski opisuje dziś swoją dymisję jako "wizerunkową". Nawet jeśli Tusk zrobił to obłudnie, traktując zadowolonego z siebie ministra jako ofiarnego kozła, to taka obłuda jest hołdem składanym cnocie. Więcej - taką obłudą żywi się demokracja. W niej politycy odpowiadają nie tylko za własne czyny, ale także swoich podwładnych. I odpowiadają też za funkcjonowanie systemu. Co więcej - muszą żyć tym, czym żyje społeczeństwo.

Inną sprawą jest, co będzie dalej. Ćwiąkalski był typowym przedstawicielem prawniczej korporacji, wybranym do rządu na fali walki Platformy z poprzednim ministrem Ziobrą. Czy Tusk poszuka teraz nieco innego polityka, który dbałby mniej o dobre samopoczucie prawników, a bardziej o poczucie bezpieczeństwa Polaków? To wyzwanie, które przed nim stoi.