Dymisja Zbigniewa Ćwiąkalskiego została wymuszona przez premiera. I dobrze. Ćwiąkalski nie odchodzi dlatego, że osobiście odpowiada za to, że trzeci z bandytów, zabójców Olewnika, powiesił się w więzieniu, albo że ktoś mu w tym pomógł. Bo nawet najlepszy szef resortu nie mógłby temu przeszkodzić. Odpowiada za rewię niefrasobliwych wypowiedzi. Gdy wszyscy mieli przekonanie, że sprawa śmierdzi, że ktoś tu przynajmniej czegoś nie dopatrzył, minister tryskał optymizmem i przekonywał, że jedynym problemem jest "medialna histeria".

Ćwiąkalski opisuje swoją dymisję jako "wizerunkową". Nawet jeśli premier potraktował zadowolonego z siebie ministra jako kozła ofiarnego, to taka obłuda jest - zgodnie ze znanym przysłowiem - hołdem składanym cnocie. Więcej, taką "obłudą" żywi się demokracja. W demokratycznym państwie politycy odpowiadają nie tylko za własne czyny, ale także swoich podwładnych. I odpowiadają za funkcjonowanie systemu. Co więcej - ich obowiązkiem jest nie lekceważyć emocji społeczeństwa.

Słuchem społecznym Donald Tusk bije swoich partyjnych kolegów na głowę. Nie wiem, dlaczego bagatelizowali oni w poniedziałek tę historię. Zapewne przesądził odruch. Skoro PiS mówi "a", my musimy powiedzieć za wszelką cenę "nie a". Nawet gdy można nabić w ten sposób punkty opozycji, a sobie napytać biedy.

Jednym ruchem szef rządu wyprostował tę niedorzeczność. Nie tylko dokonując serii dymisji. Także popierając sensowny pomysł, aby sprawę nadużyć na niekorzyść rodziny Olewników powierzyć komisji śledczej, do czego DZIENNIK wzywał już wczoraj. Tusk świetnie wyczuł, że są momenty, gdy nie wystarczy być sympatycznym czy gromić braci Kaczyńskich. Że choć w ostatnich czasach problem indolencji wymiaru sprawiedliwości zszedł z pierwszych stron gazet, może tam wrócić w każdej chwili.

Pytanie tylko, co szef rządu zrobi z tą wiedzą. Ćwiąkalski był typowym przedstawicielem prawniczej korporacji, zaproszonym do rządu na fali walki Platformy z poprzednim ministrem Ziobrą. Czy Tusk poszuka teraz na jego miejsce polityka, który dbałby mniej o dobre samopoczucie prawników, a bardziej o poczucie bezpieczeństwa Polaków? To wyzwanie, które przed nim stoi.

Lider PO był zawsze, czasem otwartym, a czasem trochę utajonym, zwolennikiem twardej walki z przestępczością. Gdy powstawał jego własny gabinet, sensownie dowodził, że Ziobry, w tym czasie bardzo już surowo ocenianego przez Platformę, nie może zastąpić "anty-Ziobro". Po czym... postawił na klasycznego anty-Ziobrę, profesora prawa i adwokata, czołowego krytyka PiS-owskiej polityki na wszystkich frontach.

Twierdził, że nie znalazł dobrego kandydata wśród polityków. Ale można zaryzykować twierdzenie, że nie znalazł dość siły i pomysłowości, aby przeciwstawić się naturalnej postawie własnej partii: skoro PiS mówi "a", my powiedzmy "nie a". Nominacja Ćwiąkalskiego miała też inny sens. Był to wyraz kompromisu PO ze środowiskami prawniczymi. Bo to one, nie znosząc PiS, poparły, nawet jeśli jako mniejsze zło, niegdyś antykorporacyjną i stawiającą na walkę z przestępczością Platformę. Ćwiąkalski podjął spektakularne próby rozliczenia się z grzechami i ludźmi Ziobry, a równocześnie jako cel postawił sobie uniezależnienie prokuratury od ministra, co mogło podobać się prawniczej korporacji. Deklarując, że nie będzie się wtrącał do śledztw, zapewnił prokuratorom poczucie komfortu. Nie podejmował wreszcie na serio (pomimo powtarzanych obietnic Tuska) kwestii otwarcia zawodu adwokata czy radcy dla setek młodych ludzi, którzy nie są w stanie przebić się przez korporacyjne gęste sito.

To do czasu nie przeszkadzało, bo Tusk bił rekordy popularności, a żadna spektakularna zbrodnia czy afera nie zakłócała rządowi dobrego samopoczucia. Aż do pojawienia się historii Olewników. Ona nie obciąża PO, ale obciąża wymiar sprawiedliwości. Pokazuje, jak bardzo psuje go wygodnictwo, przegniłe układy, a może wręcz korupcyjne więzi z przestępczymi środowiskami. Tu przydałaby się żelazna miotła. A z wyzwaniem miał się borykać minister przyjmujący na ogół punkt widzenia swoich podwładnych. Rolę żelaznej miotły musiał wobec tego wziąć na siebie premier. Może zresztą, przyjmijmy nieco spiskową interpretację, mianując ministrem sprawiedliwości człowieka spoza partii, zdeklarowanego prawniczego liberała, od początku liczył się z możliwością takiego finału.

Tusk powinien sobie teraz odpowiedzieć na pytanie, czy jeśli zdarzy się coś naprawdę strasznego, będzie można powiedzieć: od rządu nic nie zależy, to sprawa prokuratorów, sędziów, nasza nie. Przemyśleć warto zarówno pomysł na osobę ministra, jak i koncepcję ustrojową wymiaru sprawiedliwości, który nie powinien być całkiem niezależny od opinii publicznej. Nawet jeśli za PiS i Ziobry przegięto w jedną stronę (medialne widowiska zamiast rzetelnych śledztw), odpowiedzią nie może być proste odchylenie wahadła w drugą. Donald Tusk jako przenikliwy polityk wie to z pewnością. Ale w polityce wiedzieć to jedno. Wyciągać konsekwentne wnioski - nieraz co innego.