Profesor Zbigniew Ćwiąkalski stał usunięty z rządu, gdyż zabrakło mu politycznego instynktu, aby dostrzec, że wiadomość o śmierci kolejnego mordercy Krzysztofa Olewnika powinna nim wstrząsnąć, wywołać widoczny szok i skłonić do obojętnie jakich, byle bardzo dramatycznych posunięć. Dlaczego? Bo tego oczekiwali kształtujący opinię publiczną dziennikarze. I taki byłby też za moment ogólny nastrój podnieconej gawiedzi, której emocjami nieuchronnie zawładnęłaby opozycja, a nie rząd. Jest wielce prawdopodobne, że śledztwo jest dziś prowadzone dobrze, a w więzieniu w Płocku nikt nie dopuścił się poważniejszych niedociągnięć. Ale ci wszyscy zastępcy i podwładni Ćwiąkalskiego robili w poniedziałek wrażenie katastrofalne. Jakby w ogóle nie rozumieli powagi sytuacji. Jakby nie widzieli niczego nadzwyczajnego w śmierci trzeciego z kolei mordercy. I jakby przypadek zabójstwa Krzysztofa Olewnika i późniejszego śledztwa nie świadczył tak ewidentnie o poważnej słabości państwa. W krytycznym momencie minister stanął po ich stronie. Więc logicznie premier stanął po drugiej.

Zresztą Zbigniew Ćwiąkalski w ciągu ostatniego roku przeszedł istotną ewolucję. Od zapamiętałego partyjniaka demaskującego zbrodnie Ziobry dokonane na laptopie do nieco ironicznego intelektualisty wystawiającego PO na salwy śmiechu opozycji w czasie sławetnego tajnego posiedzenia Sejmu, gdy próbowano go skłonić do pokazania jakichkolwiek materiałów kompromitujących PiS. To wtedy stracił zaufanie wpływowej koterii Tuska. Jej uczestnicy uznali wówczas, że nie zaadaptuje się jednak na premierowskim dworze mimo pierwotnie wiązanych z nim nadziei. Od tamtego czasu sam Ćwiąkalski stał się bardziej zdystansowany, krytyczny wobec samego siebie i - co charakterystyczne - coraz częściej lubiący mówić, że ma dokąd odejść. I choć na razie odchodzić nie zamierzał, chyba rzeczywiście przestało mu zależeć na rządowej posadzie. Dlatego stał się zwierzyną niezwykle łatwą do upolowania.

Najciekawsze jest jednak odsłonięcie na moment przy tej okazji prawdziwego mechanizmu władzy. Jeszcze w poniedziałkowy wieczór posłowie i ministrowie PO daliby się posiekać za to, że Ćwiąkalski jest ideałem ministra, sam zainteresowany zaś definiował możliwość własnej dymisji jako niewartą reakcji opozycyjną pyskówkę. Od wtorkowego spotkania z premierem stało się jasne, że minister "dobrowolnie" podał się do dymisji. Natomiast od około godz. 15 (briefing premiera) wiadomo nawet coś więcej: że tym razem Ćwiąkalski odpowiada za "skandal".

Jeszcze we wtorek w południe było oczywiste, że komisja śledcza z powodu sprzeciwu sejmowej frakcji PO nie powstanie. Po briefingu premiera stało się jasne, że posłowie PO powołają zgodnie taką komisję. I to nie tylko jeśli jeszcze o tym nie wiedzą, ale nawet jeśli w ostatnich godzinach gardłowali przeciw takiej awanturniczej PiS-owskiej idei. Wreszcie razem z parlamentarzystami PO dowiedzieliśmy się, że premier ma już dwóch własnych kandydatów na opróżnioną rządową posadę i po rozmowie z nimi szybko podejmie decyzję.

Ministrowie rządu Tuska nie wiedzą tego, czy chcą, czy też nie chcą podać się do dymisji - tego mogą się tylko dowiedzieć od premiera. Parlament, jego marszałek i klub rządzący nie wie, czy chce powołać jakąś komisję, czy też nie, tego może się jednak także dowiedzieć od premiera. No i partia rządząca nie ma mocy, aby posiąść opinię, czy jej minister dobrze się sprawuje u władzy, czy źle, ani kto ewentualnie po dymisji mógłby być jego następcą. Owszem, to, co ona uważa i czego chce, może jej powiedzieć premier. Ale może też jej przez jakiś czas nie powiedzieć. I wtedy - tak jak w poniedziałek - cała partia walczy o to, o co walczyć nie chce. I używa argumentów, które - jak się okaże na drugi dzień - zawsze chciała zwalczać.

Jest to system, w którym Rada Ministrów, Sejm i Senat, a zwłaszcza partia rządząca, są politycznymi atrapami. I tak na ułamek chwili zobaczyliśmy w pełnym świetle ukryty na co dzień mechanizm rządów osobistych Donalda Tuska.