Wobec tego, co się stało, mam lekkie rozdwojenie jaźni. Bo z jednej strony bardzo podoba mi się to, co zrobił premier Tusk. Uważam, że zachował się tak, jak powinien się zachować szef rządu dużego, europejskiego i demokratycznego kraju.

W ciągu niedługiego czasu, pod rządami tego samego ministra z gabinetu Donalda Tuska, już drugi skazany za zamordowanie młodego biznesmena popełnia samobójstwo w celi. Wcześniej samobójstwo popełnia również trzeci z przestępców bezpośrednio zamieszanych w tę zbrodnię. Wszystko to skupia się w jednym sosie podejrzeń, że być może za tym porwaniem i zabójstwem stoją ich mocodawcy, którzy dotąd nie zostali ustaleni. Nikt przecież nie wie, kim oni są, czy jest to grupa, a może tylko jeden człowiek związany z politykami albo z wymiarem sprawiedliwości, dzięki któremu bandyci mogli być przez dłuższy czas być bezkarni.

Dla mnie jest to wzorcowe zachowanie dla normalnego, demokratycznego państwa: minister podaje się do dymisji, a premier ją przyjmuje. I choć Zbigniew Ćwiąkalski nie był ministrem bezpośrednio odpowiedzialnym za to, co się stało, to ponosi w tej sprawie odpowiedzialność polityczną. Teraz jednak widzimy, że były szef resortu sprawiedliwości jest zdziwiony faktem przyjęcia jego rezygnacji przez premiera, bo tak naprawdę podał się do dyspozycji szefa rządu i w głębi serca nie wierzył, że zostanie za to odwołany.

Prawdę powiedziawszy nie dziwię się jego zdziwieniu, bo premier Donald Tusk nie był wobec każdego ministra swojego gabinetu taki surowy jak właśnie wobec ministra Ćwiąkalskiego. Przypomnijmy, choćby historię ministra Drzewieckiego, wobec którego padły oskarżenia o kłamstwa przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości i poświadczanie nieprawdy własnym podpisem. Tymczasem premier potraktował tę sprawę bardzo luźno. Powiedział, że są to prywatne kłopoty ministra i można było odnieść wrażenie, że właściwie niewiele go to interesuje. Jego ówczesna reakcja budziła mieszane uczucia, a teraz wzmacnia pojawiające się podejrzenia, że dymisja ministra Ćwiąkalskiego jest jedynie decyzją wizerunkową. Wiemy przecież, że rząd ma w MON dziurę budżetową, gospodarka coraz mocniej odczuwa skutki światowego kryzysu. Gdyby do tego dodać zarzuty opozycji o dopuszczenie do śmierci trzeciego świadka w sprawie Olewników, to brak dymisji po tej śmierci uwolniłby kolejne podejrzenia, że być może których z polityków z PO jest zamieszany w zamordowanie Krzysztofa Olewnika. Tymczasem Tusk dymisją ministra Ćwiąkalskiego ucina te spekulacje i odwraca uwagę mediów w kierunku nowego problemu: kto będzie nowym ministrem sprawiedliwości.

Mój podziw budzi również fakt, jak silnym premierem jest Donald Tusk. To, że może sobie pozwolić na taką decyzję, bez konsultacji z partyjnymi działaczami. Leszek Miller, choć był nazywany żelaznym kanclerzem, to tego rodzaju decyzja nie była możliwa, choćby z powodu oburzenia partyjnych kolegów, którzy skutecznie podkopywali jego pozycję. W przypadku Tuska nic takiego się nie dzieje, choć po cichu i anonimowo posłowie PO wyrażają swoje niezadowolenie. Gdy Jarosław Kaczyński dymisjonował Ludwika Dorna z funkcji szefa MSWiA, to również mógł sobie pozwolić na brak konsultacji, ale w partii wywoływało to spore poruszenie.

Ciekawym pytaniem jest również to, co się teraz stanie w koalicji. Dlatego, że został zdymisjonowany minister Cichocki, który jest nominatem PSL i słychać już jego oburzenie na krytykę premiera zarzucającego mu nieporządek w więziennictwie. Jego reakcja na tę krytykę jest ciekawa, bo pokazuje, że to może bardziej zaszkodzić stosunkom koalicyjnym niż pozycji premiera w jego własnej partii. Ciekaw jestem, czy on swoje zachowanie konsultował z wicepremierem Pawlakiem. Jeśli nie, to może się okazać, że zawirowania są większe, niż nam się wydaje. PSL jako partia etatystyczna nie lubi odbierania stanowisk, jakie jej przypadły w udziale. W tym kontekście dymisja ministra może premierowi bardziej politycznie zaszkodzić niż realnie pomóc.