- Szacun dla Donalda – tak kilka minut po wtorkowej konferencji prasowej Donalda Tuska skomentował działania premiera jeden z bystrzejszych posłów PiS. Tak, dokładnie tak, polityk PiS komentował odwołanie Zbigniewa Ćwiąkalskiego i zapowiedź powołania nowej komisji śledczej. W tym samym czasie jego przeciwnicy z Platformy szemrali i narzekali na lidera własnej partii. Uważali, że ponieśli upokarzającą porażkę, i byli przekonani, że był to dzień tryumfu PiS. Chcieli by Tusk był twardy i jak zwykle robił odwrotnie to, czego żąda Prawo i Sprawiedliwość. Chyba nie mieli racji nisko oceniając swojego szefa, a bliższy prawdy jest autor wypowiedzi o „szacunie dla Donalda”.

Niewiele osób dostrzegło znaczenie oraz możliwe konsekwencje decyzji Tuska o odwołaniu Zbigniewa Ćwiąkalskiego ze stanowiska ministra sprawiedliwości. – Wilki poczuły krew. Już nie popuszczą – pisze w charakterystycznym, bo przewidywalnym, komentarzu Tomasz Wołek. Dopuszczony na łamy „Gazety Wyborczej” dawny chwalca Augusto Pinocheta dziś wilkami nazywa PiS. I ukazuje czarno-biały świat ze złem wcielonym, czyli Kaczyńskimi, nieskalanie niewinnym Zbigniewem Ćwiąkalskim i nie rozumiejącym tej wizji Donaldem Tuskiem. Bo premier, według publicysty z Tele5, powinien postępować zawsze zgodnie z jednym schematem: mówić tak, gdy słyszy nie od Kaczyńskich i nie, gdy oni mówią tak.

Tekst Wołka pokazuje, że do wyrobienia sobie zdania na ten temat większość uczestników i obserwatorów użyła te same miarki, co zwykle – czyli potraktowała to jako kolejną młóckę na linii PO-PiS, czy dokładniej Ziobro – anty-Ziobro. Komentarze od lewa do prawa są partyjnie schematyczne. I wygląda na to, że z całej Platformy chyba jeden Tusk zauważył, że tego kryzysu nie uda się rozwiązać starymi standardowymi sposobami.

Oczekiwania polityków Platformy wobec niego były takie, by na złość PiS-owi nie odwoływać Ćwiąkalskiego. Byłoby to skądinąd konsekwentne działanie, ale tym samym nieelastyczne. Bo przejście do porządku nad sprawą serii tajemniczych zgonów w więzieniach znaczyłoby, że PO na złość Kaczyńskim tak naprawdę odmraża sobie uszy. Tusk widział pierwsze sondaże, i zapewne czuł, że opowiadanie o dotrzymanych więziennych procedurach jest dla przeciętnego Polaka niewiarygodną bujdą.

Dziś jego podwładni mają pretensje, że oni półtora dnia bronili Ćwiąkalskiego „z wysoko podniesioną gardą”, wznieśli „mur obronny” wokół swego ministra, a premier zburzył ten mur. Nie zauważają, że dzięki temu dziś nie muszą niczego bronić. Dostrzegają, że PO poniosła bolesne straty, ale nie widzą, że dzięki Tuskowi uniknęli jeszcze boleśniejszych. Wprawdzie bardzo długo będą musieli odpierać ataki PiS, ale teraz z rozbrajającym uśmiechem mogą odpowiedzieć: o co chodzi? przecież Ćwiąkalski odwołany, a na dodatek powstanie sejmowa komisja śledcza w tej sprawie. Politycy PO mogą też skuteczniej używać argumentu, że odwołanie ministra było działaniem zgodnym ze standardem, którego nie dotrzymało PiS, gdy pierwszy z morderców Krzysztofa Olewnika powiesił się w czasach rządów Zbigniewa Ziobro. W ten sposób dzięki Tuskowi wyszli z narożnika.

Nie jest jednak tak, że PO nie odczuje w ogóle negatywnych konsekwencji. Decyzja o dymisji – jak to jest powszechnie komentowane w PO – została podjęta w złym momencie: – Jeśli już musiała być, to dobę wcześniej – mówią krytycy Tuska. W poniedziałek rano politycy PO dostali wytyczne, by bronić Ćwiąkalskiego. Jak sami to określają „robili z siebie idiotów” do wtorkowego popołudnia, a Tusk i jego otoczenie nie uprzedzili ich o nagłym zwrocie.

Tylko, że to kolejny, choć bardzo drastyczny obraz tego co dzieje się na linii rząd – zaplecze parlamentarne. Posłowie PO od dawna narzekają, że nie mają dostatecznego kontaktu z premierem i ministrami. – Uważnie czytam wywiady z Tuskiem i Schetyną, by wiedzieć jakie są poglądy naszego ugrupowania na bieżące sprawy – tłumaczy jeden posłów, znany powszechnie z częstego reprezentowania swojej partii w programach telewizyjnych. To szemranie partyjnego aparatu, często nie dość inteligentnego, by zrozumieć odważniejsze działania lidera, by i tak trwało. Napięcia wynikające z niedostatecznej komunikacji są rzeczą zwykłą także i w PiS. Ale kryzys wokół Ćwiąkalskiego będzie miał jeszcze inne konsekwencje.

Jedna z nich to paliwo dla PiS. Jeszcze w niedzielę wieczór jeden z dziennikarzy rozmawiał z ważnym politykiem tej partii, odpowiadającym za niektóre strategiczne działania. I usłyszał, że idzie nudny tydzień, bo wypaliła się już sprawa Janusza Palikota. Usłyszał też, że posłowie PiS znów robią się niemrawi i brakuje czegoś ożywczego.

To prawda: na tym paliwie PiS długo pojedzie. Widać to już w debatach telewizyjnych, jak politycy tej partii odzyskali pewność siebie. Jest jednak pytanie, czy sprawa Ćwiąkalskiego to jednorazowe zatankowanie baku do pełna, czy coś więcej? I drugie pytanie: czy to ożywienie posłów PiS będzie przekonywujące dla kogoś spoza twardego elektoratu? – Na pewno skoczy nam w sondażach, ale nie wiem czy ta zwyżka utrzyma się dłużej – martwi się polityk PiS.

Ludzie z PiS żałują też, że Tusk nie potrzymał dłużej Ćwiąkalskiego na stanowisku ministra i że tak skwapliwie zgodził się na komisję śledczą. Jak twierdzą, co brzmi logicznie, najlepiej dla nich byłaby decyzja odwrotna – niczego łatwiejszego do punktowania wówczas by nie było. W każdym razie nie zamierzają odpuszczać, ani ustępować z wygodnej pozycji obrońców rodziny Olewników i rycerzy walki z bandytyzmem. Jak dobre to miejsce pokazały im dwa zdarzenia: sondaż, według którego, to Ziobro był lepszym ministrem sprawiedliwości niż Ćwiąkalski. A drugie to przywitanie Ziobry w Płocku. Było tam wprawdzie tylko kilkadziesiąt osób, ale jednak to rzecz w Polsce nieczęsta. To wywarło wrażenie, że były minister, przedstawiany w mediach jako czarny bohater – prześladowca doktora G., czy wręcz niszczyciel transplantologii – nadal jest jednym z najpopularniejszych polityków. Czy sam Ziobro skorzysta z tego jako okazji do powrotu do wielkiej gry? Dziś wydaje się, że nie, bo mocno nastawił się na start w wyborach europejskich.

Afera Ćwiąkalskiego będzie miała też wpływ na stosunki wewnątrz koalicyjne. I to z zyskiem dla PSL. Dwaj wiceministrowie z tej partii – Marek Staszak i Marian Cichosz – polecieli tak jak i Ćwiąkalski, ale ludowcy będą próbowali to sobie zrekompensować. Już teraz nie poczuwają się do współodpowiedzialności za aferę. Szef klubu parlamentarnego PSL Stanisław Żelichowski głośno krytykuje dymisje w ministerstwie: - Teraz żaden porządny prawnik nie będzie chciał podjąć tej pracy.

Ludowcy jednak są zachowawczy. Nie będą się awanturować, bo na razie koalicja bardzo im się opłaca. Ich wiceministrowie, zmienią się tylko nazwiska, wrócą do resortu. A na dokładkę PSL zażąda coś ekstra – np. zatrzymania prac nad reformą KRUS lub wpływu na kształt ustawy o podatku dochodowym dla rolników. To dla ludowców są obszary strategiczne, a nie wymiar sprawiedliwości.

Trudno orzec co ta sprawa przyniesie lewicy. Samo odwołanie ministra znów pozostawiło ją na marginesie sporu PO-PiS. Media marginalnie odnotowały głos liderów SLD, i nic poza tym. Za to duże konsekwencje może przynieść komisja śledcza, bo to za czasów SLD zamęczony został Krzysztof Olewnik. To lokalni politycy Sojuszu byli w to zamieszani. Postawione mogą być niewygodne pytania Ryszardowi Kaliszowi, wówczas szefowi MSWiA. Najkrócej mówiąc – komisja może przypomnieć Polakom jaka była atmosfera w czasach afer Rywina i starachowickiej.

Najbardziej ciekawie mogą ułożyć się teraz stosunki między PO a środowiskami, które w PiS-owskiej propagandzie nazywane są „salonem”. Z tej strony Tusk usłyszał już kilka pomruków niezadowolenia. Charakterystyczne są słowa bezwarunkowego poparcia dla Ćwiąkalskiego ze strony Andrzeja Zolla, nazywającego odwołanego ministra „jednym z najlepszych ministrów sprawiedliwości”. To coś więcej niż kurtuazja, zważywszy, że przynajmniej trzech znanych profesorów prawa – Hołda, Safjan i właśnie Zoll – od razu stwierdziło, że nie chcą być następcami Ćwiąkalskiego. Czy prawnicy całkowicie obrażą się na Platformę? To będzie zależało raczej od innych spraw – zwłaszcza kwestii otwarcia zawodów prawniczych. Zresztą przykład podobny – dymisja wiceministra finansów Stanisława Gomułki – pokazuje jaka może być reakcja prawników. Wówczas ekonomiści byli niezadowoleni, ale nie przerzucili przecież swojego poparcia na PiS czy SLD. Dziś brak alternatywy dla tych środowisk jest taki sam.

Wrócę tu do głosu Tomasza Wołka, który napisał o obu decyzjach Tuska, że „pozwolą PiS-owi odzyskać inicjatywę, dając mu napęd i rozkręcając spiralę nacisków”. Ten głos pokazuje jak wielki jest ciągle strach przed Kaczyńskimi, co jednocześnie oznacza, że jedynym obrońcą jest nadal … krytykowany Donald Tusk. Czyli, dopóki nie ma jakiegoś potężnego Centrolewu, tu lider PO nie ma się czego obawiać. Wołek i ludzie mu podobni będą sarkali, ale nie zrobią nic, co by zaszkodziło Platformie.