Jeszcze przedwczoraj odwołany minister sprawiedliwości wypowiadał się ostrożnie: mówił, że szanuje pana premiera i jego decyzję. Dziś w DZIENNIKU czytamy jego słowa, w których pobrzmiewa nutka nielojalności.

Cała sprawa tej dymisji ma dla mnie dwa aspekty. Jednym jest aspekt "europejski": chciałbym po prostu doczekać w Polsce takich standardów, że minister bierze na siebie pełną odpowiedzialność za kompromitujące zdarzenia w swoim resorcie. U nas zwykło się puszczać płazem takie skandale jak np. śmierć Barbary Blidy czy dwa poprzednie samobójstwa sprawców śmierci Krzysztofa Olewnika. Po raz pierwszy więc nie puszczono płazem takiej śmierci.

Drugim aspektem jest jednak niezręczność tej dymisji. W moim odczuciu powinna ona bowiem nastąpić jeszcze w poniedziałek, kiedy dowiedzieliśmy się o śmierci Roberta Pazika, a nie dopiero we wtorek. Jeżeli bowiem minister sprawiedliwości przez cały dzień i jeszcze rano dnia następnego na prawo i lewo opowiada, że w żaden sposób nie jest winien zaniedbań i nie czuje się odpowiedzialny za tę tragedię, to wyrzucenie go z rządu drugiego dnia wygląda dziwnie. Wygląda niestety tak, jak sugeruje sam Zbigniew Ćwiąkalski: że premier ugiął się pod naciskiem mediów; że dymisja była "wizerunkowa".

Na całym świecie oczywiście takie dymisje są wizerunkowe. Ale czasami następują w otoczce takiej, jak np. w Szwecji, że kiedy wychodzi na jaw, że pani minister płaci służbową kartą za prywatne zakupy, to nie tylko zwraca należność, ale też podaje się do dymisji. Czasami natomiast, jak w Polsce, taka "nadgorliwość" budzi uśmieszki - bo przecież płacić cudzymi pieniędzmi za swoje zakupy to żadne przestępstwo...

W naszej polityce, jak widać, wciąż nie ma odruchu rezygnacji w odpowiedzi na kompromitujące fakty. Może jednak taki odruch się pojawi. Wysoki urzędnik powinien brać odpowiedzialność za to, co się dzieje w jego resorcie. I powinien płacić głową za skandale - a trzy samobójcze śmierci w niewyjaśnionej do dziś sprawie są skandalem. Tymczasem były minister wyraźnie jest dziś rozgoryczony i nie ma poczucia, że zasłużył na odejście. Musiał być naprawdę zaskoczony decyzją premiera. Na mieście chodzą słuchy, że zapadła ona po wysłuchaniu przez Donalda Tuska porannego wywiadu w TOK FM, w którym Zbigniew Ćwiąkalski wciąż odżegnywał się od jakiejkolwiek odpowiedzialności.

W tym kontekście bardzo interesujące jest, kto będzie następcą Ćwiąkalskiego. Przekonaliśmy się właśnie, że na takim stanowisku bez zaplecza politycznego można mieć poważne kłopoty. Jedynym zapleczem ministra Ćwiąkalskiego był sam premier Tusk. Kiedy stracił do niego cierpliwość, nie było odwołania od dymisji. Dlatego sądzę, że tym razem ministrem sprawiedliwości nie zostanie apolityczny fachowiec, lecz wytrawny polityk. I przeczuwam, że wcale nie poznamy jego nazwiska dziś, jak to zapowiedział wicepremier Schetyna.