Dziś dawny opozycjonista ma skończoną siedemdziesiątkę. Ale przyjęcie przez niego zaskakującej propozycji objęcia Ministerstwa Sprawiedliwości pokazuje, że nadal nie brakuje mu brawury z jaką przed laty rzucał wyzwania komunistom. Bo Andrzej Czuma, skądinąd absolwent prawa Uniwersytetu Warszawskiego, robił wiele rzeczy – był robotnikiem, dziennikarzem, posłem, historykiem. Ale nigdy nie był urzędnikiem państwowym. Patrząc na jego życiorys raczej nie było to zgodne z jego temperamentem.

Syn przedwojennego profesora ekonomii, zagorzałego wroga komunizmu, więzionego w PRL. I rosyjskiej księżniczki, której rodzina została wymordowana przez bolszewików. Nic zatem dziwnego, że w 1965 założył m.in. ze Stefanem Niesiołowskim antykomunistyczną organizację, którą SB nazwała „Ruchem” – co jest pewnym paradoksem, bo pod tą nazwą przeszła do historii. Młodzi opozycjoniści z dzisiejszej perspektywy mieli dość szalone pomysły. Wydawanie ulotek i zrzucenie ze szczytu Rysów tablicy ku czci Lenina było najspokojniejszą częścią działalności. Ale zapatrzeni w pamięć o bohaterach z AK młodzi ludzie postanowili wysadzić w powietrze muzeum w Poroninie. Dokładnie w setną rocznicę urodzin Lenina. Ich akcja została rozbita przez SB ledwie kilkanaście godzin przed terminem.

Czuma odsiedział wtedy cztery lata. Wyszedł i znów zaczął walczyć. Współtworzył Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, potem „Solidarność”. Wielokrotnie zatrzymywany, internowany w stanie wojennym, łącznie odsiedział sześć lat. Po wyjściu z „internatu” robił to co Donald Tusk – malował kominy. I aby zarobić na mieszkanie wyjechał na kilka miesięcy do Chicago. Został tam na kilkanaście lat.

Zaczął od zera – remontował mieszkania. Później prowadził polonijną audycję w lokalnym radiu. Ciągnęło go jednak do polskiej polityki. Gdy powstał IPN zamarzyło mu się szefostwo tej instytucji. Nie miał szans. Jego przyjaciele nie mieli dość sił, by przeforsować jego kandydaturę. To pokazuje, że Czuma był i jest gorącym zwolennikiem lustracj.

Niewiele brakowało, a dziś byłby po drugiej stronie politycznej barykady. Wahał się, czy w 2005 r. startować z list PiS czy PO. Bliskie mu osoby, rodzina i przyjaciele, dawali sprzeczne rady. W końcu uznał – o czym sam mówił – że ciut więcej znajomych ma w Platformie. W pierwszych wyborach zabrakło mu kilkunastu głosów. Do Sejmu jednak wszedł w miejsce Hanny Gronkiewicz-Waltz, gdy ta została prezydent Warszawy. W 2007 r. już nie miał problemów ze zdobyciem mandatu.

A w Sejmie? Szukał sobie miejsca. Chciał, pamiętając o Ameryce, łatwiejszego dostępu do broni. Własna partia mu nie pozwoliła. Ale został przewodniczącym komisji śledczej. I to chyba był lewar, który wyniósł go na dzisiejsze wyżyny.