W największej tajnej służbie wciąż wrze po samobójstwie Barbary P., oficer wysokiej rangi. Za czasów PiS pracowała ona w centrali ABW, po zmianie politycznej warty odwołano ją do rodzinnego Poznania. Według nieoficjalnych informacji, jedną z przyczyn jej desperackiego ruchu były szykany ze strony przełożonych. W odręcznym liście Barbara P. miała oskarżyć swych przełożonych o mobbing - w ostatnim czasie kilkakrotnie wzywano ją do stolicy, gdzie od roku intensywnie poszukiwane są ślady nieprawidłowości poprzedników. ABW odrzuca te zarzuty i twierdzi, że przyczyny samobójstwa nie mają związku z pracą. - Barbara P. miała problemy psychiczne - oznajmiła "Rzeczpospolitej" rzecznik Agencji.

W związku z tą sprawą rodzi się kilka pytań:

1. Dlaczego ABW przez trzy dni zwlekała z ujawnieniem informacji o samobójstwie swego oficera? (Komunikat w tej sprawie pojawił się dopiero w czwartek, gdy sprawę ujawnił dziennik.pl)

2. Dlaczego - jak wynika z nieoficjalnych informacji - ABW naciskała też na policję, by nie ujawniała tej tragedii? Jaki Agencja miała w tym interes, skoro równolegle zapewnia, że całe zdarzenie nie miało żadnego związku ze służbą?

3. Jeśli ABW uznała, że samobójstwo jest prywatną sprawą Barbary P. i jej bliskich i nie nadaje się do mediów, to dlaczego po kilku dniach straciła te skrupuły, informując prasę, że pani oficer miała problemy psychiczne?

4. Czy rodzących się wątpliwości nie rozwiewa list pozostawiony przez desperatkę? Dlaczego wciąż ten dokument jest tajny?

5. Czy wobec tylu kontrowersji sprawą nie powinna się zająć sejmowa komisja ds.służb specjalnych, która jest jedynym organem kontrolującym działalność ABW i Krzysztofa Bondaryka?