Już teraz Andrzej Czuma nazywany jest szeryfem Tuska. Ta etykietka tym bardziej do niego się przyklei, im powszechniej będzie kojarzony ze swoim - jedynym, jak do tej pory - znanym postulatem prawniczym. Czyli ułatwieniem uzyskiwania pozwoleń na broń palną. Dziś w podstawowym interesie nowego ministra, a także nas wszystkich, jest to, by ta etykieta nie oznaczała czegoś śmiesznego. Czy właściwie tragikomicznego - bo chodzi o rzecz bezsprzecznie niebezpieczną.

W Polsce istnieje bardzo silne lobby przeciwników łatwego dostępu do broni. Nie chcą jej widzieć w posiadaniu obywateli prawnicy, policjanci i spora część mediów. Czegoś takiego jak amerykańskie NRA i jej prezes- popularny aktor Carlton Heston- skutecznie lobbujący za swobodą posiadania broni palnej nie ma w Polsce. Tak więc Czuma w sensie politycznym dużo tu ryzykuje. Szczególnie, gdy media donoszą o masakrze w rodzaju Wirginia Tech (a co kilka tygodni dostajemy podobne informacje z całego świata) lub strzelaninie w Polsce. Wtedy wybuchnie histeria, że Czuma uzbraja wariatów.

Broń w Polsce jest coraz bardziej powszechna. Legalnie i nielegalnie - nie piszę tego jako zwolennik Czumy, bo sam mam mieszane uczucia rozumiejąc racje obu stron. Każdy niekarany obywatel może wystąpić o pozwolenie. Czeka go jednak długa i męcząca mitręga biurokratyczna. W tej procedurze trochę zagubiono jej sens, czyli sprawdzenie potencjalnego posiadacza broni. Więcej jest "papierkologii". O tym zresztą minister może porozmawiać ze swoim głównym adwersarzem z komisji śledczej. Jacek Kurski po kilku włamaniach do domu wystąpił o pozwolenie. Z jego opowieści dla mediów wynikało, że egzaminy, które przeszedł wymagają dużo kucia i odrobiny szczęścia w podkreślaniu odpowiednich odpowiedzi. Czyli to coś w rodzaju testu na kartę rowerową. Są wprawdzie jeszcze testy psychologiczne - ale, że przytłaczająca większość społeczeństwa nie cierpi na zaburzenia, więc i je trudno uznać za filtr.

Czuma może to urealnić. Na przykład w ten sposób, że większe znaczenie będzie miał tzw. wywiad środowiskowy na temat kandydata, a mniejsze składane w iluś kopiach podania. Może oczywiście pójść na całość - tak, jak proponuje oddać wydawanie pozwoleń samorządom. To akurat nie brzmi najlepiej, lepiej by tego pilnowała policja. Nawet w systemie całkiem liberalnym. Zresztą własna partia nie pozwoli mu tu pohulać zupełnie swobodnie. Już raz zabroniła mu zajmowania się tą sprawą.

W każdym razie pilnujmy wszyscy, by minister zabrał się za to mądrze. Bo jeśli nawet podoba mu się etykieta szeryfa, to lepiej by był on kimś w rodzaju Johna Wayne'a z "Rio Bravo" niż Lemoniadowego Joe.