W świecie akademickim obowiązuje wolność. Jeśli ksiądz Rydzyk spełnia elementarne wymogi, jakich oczekuje się od każdych "studiów" - choćby turystycznych i niechby nawet w Łomży - ma prawo działać i organizować kursy. Ale w związku z tą wolnością działania pozostaje także wolność oceniania takich przedsięwzięć.

Chciałbym wierzyć, że w Polsce obowiązuje jeszcze zasada, według której zajęcia dla ludzi chcących się kształcić prowadzą osoby, które mają ku temu odpowiednie uprawnienia. W przeciwnym razie jest to oszukiwanie młodzieży. Z tego, co wiem, panowie Zbigniew Ziobro czy Antoni Macierewicz nie mają stopni naukowych, które uprawniają do nauczania innych. Jerzy Robert Nowak, który ma wykładać historię Polski, być może nawet ma stopień doktora habilitowanego, bo w końcu zanim zwariował był hungarystą. Ale to wyjątek.

Owszem, na świecie robi się wyjątki. W Stanach Zjednoczonych, które pewnie księdza Rydzyka zainspirowały, na uczelniach wykładają nieraz osoby bez stopnia naukowego, ale np. o wielkich zasługach politycznych. Jednak Henry Kissinger, Zbigniew Brzeziński czy Condoleezza Rice byli poważnymi profesorami i nawet oni wykładali nie opierając się wyłącznie na swoich zasługach. W Polsce bez stopnia naukowego wykłada Władysław Bartoszewski, któremu nie było dane skończyć studiów, ale dorobek ma niewątpliwy. Tego nie da się powiedzieć o Antonim Macierewiczu czy Zbigniewie Ziobro.

Nie miałbym więc do księdza Rydzyka pretensji o nic - wolnoć Tomku w swoim domku - poza pretensją jedną i najpoważniejszą: o oszukiwanie młodzieży. Bo ani to akademickie spotkania, ani tym bardziej z mistrzami. "Wykładowcy" są postaciami drugorzędnymi, które odegrały kiedyś jakąś rolę w polityce tylko dlatego, że taką mamy dziś politykę.

Ale młodzieży oszukiwać nie należy. Poza wszystkim oszustwo jest przecież grzechem.