Wszystkie media informowały nas dzisiaj o tym, że Kazimierz Marcinkiewicz się rozwodzi i że związał się ze znacznie młodszą od siebie dziewczyną. Czy ta sprawa odciśnie swoje piętno na jego karierze politycznej? Rozwód to dramat na tyle poważny, że w tej sprawie nie stosowałbym kategorii politycznych, a raczej czysto ludzkie.

Wiadomo, że rozwód to jedna z najboleśniejszych tragedii w naszym kraju, ale przede wszystkim to tragedia dzieci. W tym roku około sto tysięcy dzieci straciło pełną rodzinę. Gdy weźmiemy pod uwagę idące za tym skutki psychologiczne, straty są nie do nadrobienia.

Ale sam Marcinkiewicz jako polityk chyba nie jest skończony. Trzeba pamiętać, że przenoszenie spraw osobistych na życie zawodowe nie zawsze ma sens. Oczywiście czym innym jest związanie się z opcją polityczną, która ma bardzo wyraźne wskazania aksjologiczne, czyli te dotyczące systemu wartości. W takim przypadku pojawia się pewien kłopot. Jednakże obserwując całą chadecję w Europie Zachodniej, sprawa Marcinkiewicza nie dyskwalifikuje go jako polityka. Jeśli natomiast chodzi o jego postawy i wybory polityczne, to już widzieliśmy wcześniej, że zrobił kilka rzeczy, które jako męża stanu stawiają go pod wielkim znakiem zapytania i raczej w złym świetle.

Poza wszystkim długo żyję na świecie i zbyt wiele widziałem obok mnie tego rodzaju historii, mogę więc powiedzieć, że takie związki zazwyczaj okazują się nietrwałe. Osobiście jestem 30 lat po ślubie i moje małżeństwo - jak każde - przeżywało różne "zakręty" i tragedie. Były też czasy, że człowiek ulegał szaleństwom, ale mimo wszystko zawsze bardzo poważnie traktowałem sprawę sakramentu mojego związku. Dla mężczyzny to przecież sprawa honoru.

Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak bardzo bym unieszczęśliwił moich bliskich - jak również siebie - gdybym kiedykolwiek postąpił tak, jak Kazimierz Marcinkiewicz. Oczywiście nie mam prawa go sądzić. Ubolewam jednak, że powiększył grono stu tysięcy ludzi, którzy po prostu zwariowali.