Można łatwo zdezawuować to, co Andrzej Czuma zrobił pierwszego dnia urzędowania w ministerstwie. Wczoraj, tego pierwszego dnia, spotkał się z członkami dwóch rodzin - Olewników i Drzewińskich. Obie rodziny straciły bliskich w wyniku tajemniczych porwań. Sprawa zamordowanego Krzysztofa Olewnika jest dobrze znana opinii publicznej. Ta druga - porwanie małżeństwa Drzewińskich - jest mniej znana, ale okoliczności także pokazują zaniedbania wymiaru sprawiedliwości. I otóż te dwa spotkania nowego ministra łatwo skwitować lekceważącym: to tylko gest. Bo rodzina Olewników przecież spotykała się ze wszystkimi ministrami sprawiedliwości jeszcze w czasach rządów SLD. Spotykała się i nic.

Tylko, że gesty w polityce i życiu państwa są bardzo ważne. I skuteczne. Bo jednocześnie tego samego dnia prokuratura umorzyła śledztwo wobec Włodzimierza Olewnika oskarżonego o napaść na funkcjonariusza państwowego. Konkretnie - prokuratora, którego wzburzony ojciec zamordowanego Krzysztofa Olewnika chwycił za klapy marynarki. Incydent zdarzył się we wrześniu. Aż do końca stycznia prokuratura badała tę sprawę. Potrzebowała czterech miesięcy pracy za poprzedniego ministra sprawiedliwości i kilku godzin w czasach nowego szefa resortu, by jednak stwierdzić, że "szkodliwość czynu była znikoma". Zadziwiający zbieg okoliczności. Pewnie niejeden rzecznik prokuratury będzie nas przekonywał, że to zgodne z procedurą i nie należy doszukiwać się niczego innego, a tylko przypadku. Takiego samego zbiegu okoliczności, o jakim słyszeliśmy tydzień temu, gdy powiesił się już trzeci sprawca porwania Krzysztofa Olewnika.

Taka to struktura, że jeden gest ministra, jedno jego skinienie, zatrzymuje lub uruchamia śledczych. Szczególnie w sprawach trudnych, dotyczących życia i śmierci, prokuratorzy oglądają się na swoich zwierzchników. Gdy ci są zapatrzeni w literę, a nie w ducha prawa, nie widzą ludzkich tragedii i tylko mówią o przestrzeganych procedurach, to tak samo ich podwładni nie będą się wychylać. Gdy minister jest przejęty losem ofiar przestępstw, to prokuratorzy być może będą podśmiewać się z jego emocji, ale nie ośmielą się hamować śledztw.

Andrzej Czuma sprawia wrażenie osoby szczerze przejętej, zwłaszcza po tym, gdy z bliska przyjrzał się aktom obu spraw. Ludzie dobrze go znający twierdzą, że nie jest to gra ministra. Zawsze można ponarzekać, że jak zobaczy więcej takich spraw, to mu skóra stwardnieje. I skończy się jego empatia, a zacznie się urzędniczo-polityczna rutyna. Może, choć dotychczasowy życiorys Andrzeja Czumy, człowieka przecież 70-letniego na to nie wskazuje. Całe życie nie ulegał koniunkturalnym pokusom. Jego błędy polityczne - z których największym (a przecież wcale nie dyskredytującym) była pewna stronniczość prowadzenia komisji naciskowej - wynikały z lojalności wobec kolegów, a nie chęci robienia osobistej kariery.

Czuma w Ministerstwie Sprawiedliwości dla siebie osobiście niewiele może zdobyć. Może natomiast stracić rzecz najcenniejszą - swoje dobre imię. W jego przypadku rzecz nieprzeciętną. Dlatego ja wierzę w jego intencje. Wierzę też, że dzisiejszy gest nie będzie jednorazowym PR-owskim zagraniem. Czuma pewnie popełni jakieś błędy, ale nie ten, że odłoży ad acta sprawy Olewników i Drzewińskich.