Minister Czuma zaczął awangardowo. Na zaprzysiężeniu towarzyszył mu Janusz Korwin-Mikke - polityk, który w swoim wariactwie odleciał już w kosmos. Podobno wcale nie jest przyjacielem nowego ministra i wcale nie ma być jego doradcą, ale zapewne bardzo by chciał.

Dalej było już tylko gorzej. Okazało się, że przemowa premiera nominującego Andrzeja Czumę - że co prawda nie ma kompetencji prawniczych, ale za to długo siedział w USA - nie była żartem. Pierwszy głośny postulat nowego szefa Ministerstwa Sprawiedliwości - ułatwienie dostępu Polaków do broni palnej - rzeczywiście wzięty jest prosto z dzikiego Zachodu. Ale to też już w Polsce słyszeliśmy.

Prawdziwie awangardowe jest przekonanie ministra Czumy o tym, do czego może służyć komisja śledcza powołana do wyjaśnienia śmierci Krzysztofa Olewnika. Bo - według słów ministra - raczej nie doprowadzi do jakichś nowych ustaleń, ale przynajmniej spełni rolę terapeutyczną - pozwoli się rodzinie Olewników publicznie wygadać.

W sumie nie ma się więc czego bać. Pewnie mieliśmy już gorszych ministrów. Te pierwsze kilka gestów pokazuje jednak, czym się kończą nominacje wizerunkowe.