Kiedy zobaczyłem na pierwszej stronie "Super Expressu" podpis pod zdjęciem "Kazimierz Marcinkiewicz z kochanką", wszystko się we mnie zatrzęsło. Przyszedł mi na myśl zaśliniony facet podpatrujący romans sąsiada. Albo podekscytowana cudzym życiem prywatnym niewiasta w stylu pani Dulskiej.

"Super Express" budzi niezdrowe emocje kosztem prywatności publicznych postaci, to było moje pierwsze skojarzenie. Ale już na drugiej stronie podpis pod podobnym zdjęciem informował, że "zdjęcie Kazimierza Marcinkiewicza z kochanką" (znów ten podpis!) nadesłał gazecie... sam Kazimierz Marcinkiewicz.

Nie mam wyrobionego zdania, czy i na ile media powinny zapuszczać swoje czułki w życie prywatne polityków. Bo szczególnie drastyczne przypadki (ojciec rodziny brutalnie porzucający żonę bez środków do życia) są jakimś sprawdzianem charakteru. Wyborcy powinni pewnie wiedzieć, jakim człowiekiem jest ich przedstawiciel. Z drugiej jednak strony sam wiem, jak łatwo wyrządzić krzywdę, przekładając czyjeś prywatne życie na język sensacji. Jak często niejednoznaczne sytuacje opisywane są jako jednoznaczne. Z niesmakiem przyjmowałem wykorzystywanie życia prywatnego jednych polityków (Ludwik Dorn) przez innych (jego koledzy z PiS). Sam mam opory, gdy przychodzi mi o tym pisać.

Przypadek Marcinkiewicza jest jednak inny. Jest zasadnicza różnica między nim a Dornem, o którym wiele można powiedzieć, ale nie to, że próbował grać swoimi prywatnymi sprawami w polityce. Za to sympatyczny były premier, który moim zdaniem wnosił do polskiego życia publicznego sporo zdrowego rozsądku, sam wystawił się na zainteresowanie. Bo będąc prawicowcem, chwalił się kiedyś swoją rodziną. Bo jeszcze parę dni temu na jego blogu można było wyczytać, że życie rodzinne to jedno z największych jego osiągnięć. Jeśli dziś użala się nad nim pogromca ciemnogrodu Janusz Palikot, powinien wziąć tę dwoistość ról pod uwagę.

Ale prawda jest chyba jeszcze mniej przyjemna. To nawet nie jest kara za dawne chwalenie się rodziną. To nie dziennikarze uznali, że trafili na dobry temat do podpatrywania, bo Marcinkiewicz, obsadzany w roli lokomotywy europejskich list PO do Parlamentu Europejskiego mógłby się komuś nadal kojarzyć z przykładnym ojcem rodziny. A nawet jeśli uznali, ktoś im w tym pomógł. To sam Kazimierz Marcinkiewicz niczym kompletny medialny nałogowiec uczynił ze swojego obecnego, już "grzesznego", życia prywatnego tworzywo dla tasiemcowej niczym brazylijska telenowela serii tekstów. To on uznał, że warto epatować publiczność fotkami swojej nowej miłości i pozrzucać trochę na żonę winę za rozkład pożycia. Niczym aktor, muzyk rockowy albo model.

No, chyba że został zmanipulowany przez złe tabloidy. Chciałbym, aby tak było, bo lubię go i szanuję. Ale nadziei we mnie niewiele. W końcu zawsze był własnym PR-owskim reżyserem i do czasu nie najgorszym.

Nie wiem, czy rację ma mój redakcyjny kolega Piotr Gursztyn twierdzący, że Marcinkiewiczowi ten atak medialnej nadaktywności zaszkodzi, bo odrze go z pozłotki "nowoczesnego konserwatysty". A może nie myli się moja redakcyjna koleżanka Zuzanna Dąbrowska, według której polityków można już w Polsce sprzedawać niczym Jolę Rutowicz (odsyłam do odpowiedniej debaty na stronie dziennik.pl). Donald Tusk obwieścił, że Marcinkiewicz kandydować z list Platformy nie będzie, ale z pewnością wieści o politycznej śmierci byłego premiera są mocno przesadzone. W każdym z tych wariantów warto wszakże zadać pytanie: po co panu ten magiel, panie premierze?