Radość moich oponentów z tego, jakoby mój projekt uregulowania kwestii zapłodnienia in vitro trafił kosza, jest przedwczesna. Zespół poselski powołany przez klub do oceny projektu dopiero rozpoczął konsultacje z ekspertami. Opinia pani poseł Małgorzaty Kidawy-Błońskiej o tym, że ustawę trzeba napisać od nowa, jest więc tylko jej własnym stanowiskiem.

Platforma Obywatelska w tej sprawie jest głęboko zróżnicowana. Mój projekt jest próbą znalezienia wewnątrzpartyjnego kompromisu. Po jednej bowiem stronie są ci, którzy gotowi są przyzwolić na tworzenie zarodków nadliczbowych, po przeciwnej - zwolennicy całkowitego zakazu in vitro. Jesteśmy w partii dopiero na początku dyskusji. Uważam jednak, że tylko projekt zbliżony do mojego ma szansę zyskać akceptację w tym parlamencie. Przeciwko propozycji mrożenia zarodków zagłosują bowiem kluby PiS i PSL, a także znaczna część Platformy.

Powierzając mi zadanie przygotowania ustawy, premier Tusk dobrze znał moje poglądy i projekt nie jest dla niego zaskoczeniem. W sytuacji wewnątrzpartyjnej polaryzacji stanowisk lepiej jednak, aby premier nie był w tym sporze stroną. Dlatego nie oczekuję z jego strony poparcia dla mojego projektu. Byłbym jednak bardzo zaskoczony, gdyby udzielił poparcia propozycji tworzenia zarodków nadliczbowych. Donald Tusk jest politykiem bardzo skutecznym i nie sądzę, by chciał się angażować w przedsięwzięcie z góry skazane na porażkę.

Niektórzy komentatorzy namawiają Platformę do rezygnacji z wprowadzenia ustawy. Zapominają jednak o naszych międzynarodowych zobowiązaniach. Wchodząc do Unii Europejskiej, Polska zobowiązała się do uregulowania kwestii zapłodnienia in vitro. Termin minął w grudniu 2006. Na tle reszty Europy jesteśmy pod tym względem krajem bezprawia i potwornych nadużyć. Brak regulacji prowadzi do ignorowania praw pacjentek oraz do szeregu horrorów moralnych, na czele z niszczeniem ludzkich zarodków. Tolerowanie tego stanu rzeczy byłoby tchórzostwem.