Nie wiadomo, czy rząd przeżyje zaaplikowanie lekarstwa, które sam zaleca dziś na wielki kryzys. Mowa o gigantycznych, 17-miliardowych oszczędnościach, o których Donald Tusk mówił po ostatnim posiedzeniu rządu. Nie wiadomo, czy rząd to przeżyje, ale tak samo nie wiadomo, czy w ogóle przeżyje kryzys. Bo mogłoby się okazać, że zaniechanie jest o wiele bardziej zabójcze niż zapowiedziana końska kuracja.

Rząd ma swoje argumenty: oszczędzajmy i ratujmy się, dopóki nie jesteśmy w takiej sytuacji jak Islandia czy Ukraina. Brzmi rozsądnie. Ale nie wystarczy powiedzieć, że trzeba oszczędzać. Trzeba konsekwentnie przekonywać, że te trudne decyzje są celowe i niezbędne.

Premier mówi, że nie ucierpią emeryci i renciści. Słusznie, skandalem byłby skok na ich pieniądze. Ale społeczeństwo może odczuć zaciskanie pasa w inny sposób. Oszczędzać mają ministerstwa. Co to znaczy konkretnie? Np. to, że policjanci będą mogli zużywać mniej paliwa, czyli będzie mniej patroli. A wojsko nie kupi nowych czołgów, więc ich fabryka zwolni połowę pracowników. O ile nie zbankrutuje całkowicie. Przykłady można mnożyć setkami.

Jeśli społeczeństwo nie uwierzy w czystość intencji rządu - a nie chodzi tu o wciskanie łzawej propagandy - to program oszczędnościowy wysadzi ten gabinet w powietrze. Żaden będzie z tego zysk nawet dla opozycji, bo ona przychodząc do władzy nie zaproponowałaby mniej bolesnych rozwiązań. Tak więc wszystko w rękach premiera i jego ministrów. Od ich ostrożności, rozsądku i wstrzemięźliwości zależy, czy Polska możliwie łagodnie przejdzie trudny czas.